piątek, 2 stycznia 2015

Blog nie jest zawieszony!

Z powodów zdrowotnych i długiego pobytu w szpitalu nie mogłam zająć się blogiem. Proszę oceniających o zajęcie się moją stroną mimo tak długiego braku odezwu. Rozdział pojawi się w przeciągu dwóch tygodni.

Pozdrawiam i wyjaśnię wszystko niedługo :)

środa, 4 czerwca 2014

13: To przede wszystkim wiedzcie, że przyjdą w dniach ostatnich Szydercy pełni szyderstwa.

 - 2P 3, 3.



         Ktokolwiek ustalał dopuszczalną prędkość w terenie zabudowanym do siedemdziesięciu kilometrów na godzinę* nie wiedział chyba jakie to uczucie, kiedy dzwoni do ciebie policja z twojego własnego, ograbionego mieszkania i prosi, żebyś pojawił się jak najszybciej. Kiedy tylko Nathan odłożył słuchawkę, rzucił się pędem do swojej tymczasowej sypialni i zgarniając jedynie dokumenty, portfel i - prawdopodobnie byłe - klucze od mieszkania, popędził do samochodu, czekając jedynie na zaintrygowanego całą sprawą Rogera. Brice prychnął pod nosem na samą myśl, że teraz obudziły się w nim te przyjacielskie odruchy, ale nie skomentował tego głośno, odpalając silnik i niemal z piskiem opon wyjeżdżając z podjazdu domku letniskowego White'ów. Nie dbał o to, że najpewniej łamie właśnie każdą przyjętą ogólnie zasadę ruchu drogowego. Przyspieszał w oznaczonych, niebezpiecznych punktach, wyprzedzał na podwójnej ciągłej i nie zatrzymał się przed pasami nawet wtedy, kiedy ta staruszka postawiła już stopę na zebrze. Teraz liczyło się to, kto się do tego posunął i dlaczego Nathan miał nieodparte wrażenie, że cała sprawa wiązała się z Megan.
          Bez słowa wyjaśnienia zostawił przyjaciół w ciepłej, przestronnej kuchni rodziców Dennisa i zignorował własną siostrę, której marudzenie słyszał ciągle gdzieś za sobą. Całą sprawę wyjaśnił jedynie Rogerowi, który naciskał na niego w samochodzie, ale nie zdradził swoich domysłów. Nie był z nim aż tak blisko, żeby wysnuwać wspólnie jakiekolwiek domysły, skoro Johnson nie wiedział o połowie rzeczy, jakie ostatnio mu się przytrafiły. Obaj wiedzieli, że zdążyli się od siebie w ostatnim czasie odsunąć, a powodem był nowy związek blondyna, problemy rodzinne Nate'a i cała masa nieudogodnień, o których nawet nie chcieli myśleć.
           Zaparkował przy swoim bloku, łamiąc prawdopodobnie kolejny przepis, ale nie miał czasu, żeby się nad tym zastanowić. Zatrzasnął drzwi i odruchowo rozejrzał się wokół, widząc już dwa policyjne radiowozy i przegryzł nerwowo dolną wargę. Nie czekał na przyjaciela, śpiesząc na trzecie piętro.
- Nathaniel Brice? - niski, męski głos rozbrzmiał na korytarzu, kiedy chłopak pojawił się w zasięgu wzroku jednego z policjantów, który stał przed drzwiami wejściowymi. Jego gęste, czarne włosy opadały niedbale na czoło, a jego nos był nieproporcjonalnie duży w porównaniu do całej dość drobnej twarzy i wąskich, różowych ust. Był bardzo postawny, ale niższy od Nathana o kilka wyraźnych centymetrów, kiedy zrównali się ramionami. Nate skinął głową i wyjął z tylnej kieszeni spodni portfel, przekazując funkcjonariuszowi swój dowód osobisty. Mężczyzna prześledził go wzrokiem z obu stron i podniósł wzrok, oddając dokument. - Około piątej trzydzieści rano dostaliśmy zgłoszenie od pańskiej sąsiadki. - zerknął w swój mały notatnik, marszcząc nos przy czytaniu znajomego Nathanowi nazwiska. - Janice Spencer.  Rzekomo, jeszcze wtedy sprawcy byli obecni w pańskim mieszkaniu, a kobieta usłyszała trzask i wejrzała do środka zza otwartych na oścież drzwi. Przestraszyła się, kiedy usłyszała huk i postanowiła zadzwonić. Widziała jedynie sylwetkę jednego mężczyzny, ale po głosach poznała, że było ich więcej. Już zebraliśmy jej zeznania, ale szczerze powiedziawszy nie wprowadziły wiele do sprawy. Czy domyśla się pan kto mógłby się do tego posunąć? - skończył pytaniem swoją w połowie wyćwiczoną przemowę, z której Nate zapamiętał dość niewiele. Chciał przejść przez próg i zobaczyć w jakim stanie znajduje się jego mieszkanie, ocenić straty itd, ale najwyraźniej nie było mu to w tej chwili dane. Musiał odpowiedzieć na podstawowe pytania, na których w większości nie znał odpowiedzi, denerwując się przy tym jeszcze bardziej. Kiedy mężczyzna spytał o prawdopodobnego sprawcę podał jedynie nazwisko Megan, wskazując na jej brata, uprzednio nawet nie zastanawiając się czy powinien.
           Jego mieszkanie wyglądało strasznie. Wszystkie meble były poprzewracane, wraz z dużym, plazmowym telewizorem, na widok którego z ust Rogera wyrwało się ciche przekleństwo. Regał z książkami leżał na podłodze, kilka półek z niego wyleciało, a same książki znajdowały się w każdej części salonu z powyrywanymi kartkami i zniszczonymi okładkami. Kanapa stała odwrotnie, a jedna poduszka z kompletu leżała porwana pod drzwiami łazienki. Oddychał ciężko omiatając spojrzeniem to miejsce i przerażając się na samą myśl, że to dopiero salon...
           - Proszę się rozejrzeć czy coś wartościowego nie zostało skradzione. - poinformował któryś z kilku policjantów, którzy właśnie zbierali się do wyjścia. Nate nawet nie obrócił się na jego słowa, skanując wzrokiem to pobojowisko, a z każdym kolejnym odkryciem tego, co zostało zniszczone złość zbierała się w nim bardziej. Zacisnął dłonie w pięści, starając się uspokoić szalejący oddech i nierówne bicie serca. - I radziłbym zadzwonić po ślusarza, zamek w drzwiach jest wyłamany. Będziemy pana informować na bieżąco o postępach w śledztwie i sprawdzimy podanego przez pana mężczyznę.
            Kiedy trzask drzwi rozległ się w czterech ścianach, Nathan mocno zacisnął powieki i zbierając w sobie całą złość, z całej siły uderzył pięścią w pomalowaną na ciemny granat ścianę. Mimowolnie jego dłoń się rozluźniła po starciu z chłodną ścianą i zaczęła niemiłosiernie boleć, ale chłopak nie był w stanie się tym teraz przejmować. Jedyne o czym myślał to Megan, której właśnie obiecywał w swoich myślach, że już tego nie podaruje. Przechodziła nawet samą siebie.
             Tak naprawdę to nawet nie miał wątpliwości, że to właśnie ona maczała w tym palce. Nate był raczej pokojowo nastawiony i nie wszczynał z nikim niepotrzebnych wojen, chyba że już naprawdę musiał - tak jak z rodzicami, z których sposobem wychowywania Debby otwarcie się nie zgadzał i potępiał. Ale zdawał sobie sprawę, że nie mógł porównywać tego do sposobów w jaki Megan chciała zatrzymać go przy sobie.
              Przeklął pod nosem, kiedy próbował poruszyć dłonią, która nie przestawała boleć go ani na chwilę. Warknął pod nosem i zdrową ręką przeczesał włosy, wrzucając do tego tyle zrezygnowania ile tylko zdołał. Podszedł z powrotem do tej ściany i opierając o nią wysoko swoje przedramię dotknął nim czoła i wypuścił z siebie pełen sfrustrowania, ciężki oddech.
Nie miał pojęcia jak powinien się teraz zachować, kiedy wszelkie granice zostały przekroczone, a głupie przekonywania Megan o jego złym nastawieniu do całej sprawy zapoczątkowały tę serię nieszczęść, jaka go w ostatnim czasie spotyka. Nie wiedział jak mogła myśleć, że po czymś takim byłby w stanie zachować się jak przykładny tatuś dziecka, z którym nie miał nic wspólnego.
               Usłyszał szmer gdzieś za sobą, a później głośny huk, kiedy Roger próbował podnieść z podłogi szafę i przetransportować ją pod zachodnią ścianę.
         - Zabiję tę sukę.
         - Nate... - zaczął Johnson, prostując plecy i spoglądając na przyjaciela, który wybiegł z mieszkania.
Cholera.
          Zatrzasnął za sobą drzwi, które i tak otworzyły się sekundę później z cichym skrzypnięciem, bo przecież, oczywiście, zamek został wyłamany. Był wściekły. Z impetem ruszył z podjazdu, kiedy tylko znalazł się w samochodzie. Złość wrzała w jego żyłach, starał się za wszelką cenę skupić na drodze, ale myśli o zemście Megan przysłaniały mu zdrowy rozsądek.
           Nie mieszkała daleko. Zaledwie kilka kilometrów na północ od jego mieszkania. Wiedział, że robił źle, ale nie mógł przyswoić tej informacji. Po prostu MUSIAŁ coś zrobić. Cokolwiek, żeby dać upust swoim emocjom. Zawsze był nerwowy i narwany, ale nigdy nie widział w tym nic przesadnie niewłaściwego. Zawsze potrafił znaleźć na siebie jakieś sensowny wytłumaczenie, a poza tym raczej mało kto, z wyjątkiem Leah chciałoby go słuchać.
            Znacznie zwolnił, kiedy pojawił się na ulicy, na której mieszkała. Rozglądał się wokół, starając się wychwycić, czy nie znajdowała się gdzieś w pobliżu, ale kiedy nic nie zauważył zaparkował dokładnie przed wejściem. Jej dom był naprawdę niewielki. Miał jedno piętro, które w dodatku było na poddaszu, ale z tego co pamiętał mieszkała tu z tylko z bratem i ojcem, którego więcej nie było niż był, ale co go to obchodziło...
             Niemal wybiegł z auta, podchodząc do ciemnoszarej furtki i mocno ciągnąc za klamkę. Usłyszał jakieś głos od strony ogrodu, dlatego pierwsze kroki skierował właśnie tam. Wziął trzy głębsze wdechy, ale zamiast uspokoić, denerwowało go to coraz bardziej. Zacisnął na chwilę dłoń w pięść i wychylił się zza ściany.
             Megan stała przy jednej z czterech jabłoni, jakie mieli na swojej posesji. Długie, blond włosy spięła w wysokiego koka i miała na nosie okulary przeciwsłoneczne. Była boso, w rękach trzymając puchatego kota, którego od zawsze nienawidził i miał wrażenie, że zawsze z nim o coś rywalizował. Zrobił jeszcze jeden krok i zorientował się, że dziewczyna nie jest sama...
          - Nathan?! - wrzasnęła Leah, niespokojnie cofając się krok w tył.
Mógłby przysiąc, że przez chwilę zastanawiał się czy nie jest w jakiejś pieprzonej ukrytej kamerze.
          Leah wyraźnie nie wiedziała jak się zachować, bo jej przerażony wzrok skakał z chłopaka na blondynkę, która teraz uśmiechała się zza puchatej głowy kocura. Podrzuciła go w ramionach i mocniej objęła stając przodem do Nate'a i uważnie przyglądając się całej sytuacji.
          Poczuł jak oddech więźnie mu w gardle, kiedy zobaczył tu swoją przyjaciółkę. Nie miał pojęcia, że dziewczyna miała jakiekolwiek wspólne sprawy z jego byłą, która w dodatku robiła wszystko, żeby zniszczyć mu życie, na które pracował ponad dwa lata.
          Nie mógł się rozproszyć, dlatego starając się utrzymać nerwy na wodzy postanowił zignorować Leah, nawet mimo rozczarowania jakie poczuł w każdej, dosłownie każdej części swojego ciała.
         - Zadowolona jesteś z siebie?! - warknął, szybko niwelując odległość między sobą, a swoją eks. Dziewczyna zmarszczyła czoło, ale nic nie powiedziała, czekając na słowa wyjaśnienia. Przegryzł mocno dolną wargę, sekundę później czując w tamtym miejscu metaliczny posmak krwi, który rozpłynął się na jego języku. - Co chciałaś tym osiągnąć, co?! - krzyczał, wbijając swoje spojrzenie w jej ukryte pod okularami oczy.
         - Nie drzyj się na mnie. - warknęła, na co już nie wytrzymał.
Wyrwał z jej ramion zwierzaka, na co cicho pisnęła, a kot miauknął zirytowany. Odrzucił futrzaka, gdzieś na bok, nie siląc się na delikatność i nie zważał na to, że właśnie go podrapał. Nie za wiele go w tamtym momencie obchodziło.
          - Co ty robisz?! - wrzasnęła, tupiąc nogą i zaciskając obie dłonie w małe piąstki. - Co ty w ogóle sobie wyobrażasz?! Wchodzisz tu...
          - Odpowiedz mi!
          - Nie będę rozmawiać z tobą, jak masz zamiar na mnie warczeć!
          - Jesteś pojebana. - załamał ręce, śmiejąc się pod nosem z tej sytuacji. - Demolujesz moje mieszkanie, a chwilę później dziwisz się, że się tak zachowuję?!
          - Nathan... - usłyszał gdzieś z lewej cichy głos swojej przyjaciółki. Posłał jej przelotne spojrzenie i omiótł wzrokiem speszoną szatynkę, która nerwowo ciągnęła się za włosy.
          - Ty się, kurwa, nawet nie wtrącaj! A ty - warknął w stronę blondynki. - będziesz tego żałować.
          - Nawet nie wiem o czym mówisz! - broniła się. - Jakie mieszkanie?!
         Parsknął ironicznym śmiechem pod nosem, sekundę później mocno chwytając dłonią za oba jej policzki. Dziewczyna pisnęła cicho, kiedy zacieśnił uścisk. Uderzyła go kilka razy w klatkę piersiową, ale była zbyt blisko jego ciała, żeby móc wziąć większy zamach. Drugą dłonią zrzucił z jej nosa okulary przeciwsłoneczne, przez co zmrużyła groźnie oczy i jeszcze usilniej próbowała się wyrwać.
          - Przesadziłaś. - zagroził. - Obiecuję ci, że będziesz tego żałować.
          - Nate. - usłyszał ponownie głoś Leah, na co musiał wciągnąć na chwilę powietrze, żeby i na niej nie rozładować swojego gniewu.
          - Powiedziałem, że masz się zamknąć. - burknął, puszczając w końcu Megan, która od razu rozmasowywała to miejsce. - Myślałem, że masz w sobie więcej godności, Meg. - syknął. - A ty po raz kolejny udowodniłaś, że jesteś nic niewartą szmatą.
          - Uważaj na słowa!
          - Uważaj z kim zadzierasz. - warknął jeszcze na odchodnym.
          Zmierzył ją ostatni raz kpiącym wzrokiem i obrócił się na pięcie, chcąc jak najszybciej stamtąd odejść. Kiedy doszedł do samochodu i szarpnął za klamkę ktoś zatrzymał go, wywołując cicho jego imię. Spojrzał w prawo, gdzie Leah z najbardziej żałosnym wyrazem twarzy, jaki kiedykolwiek u niej widział, stała ze spuszczoną głową i nerwowo odgarniała kosmyki włosów za ucho. Przegryzła dolną wargę, zastanawiając się pewnie, co najstosowniejszego powinna w tamtej chwili powiedzieć. Przestąpiła z nogi na nogę, a później zrobiła bardzo niepewny krok w jego stronę. Nate wciąż stał przy otwartych drzwiach swoje auta i po prostu czekał co miała mu do powiedzenia.
          Zabolało go, kiedy widział ją z Megan. Nie uważał, żeby ich stosunki w ostatnim czasie się pogorszyły, było jak zwykle. Tak jak zawsze i dlatego nie rozumiał jej zdrady. Bo dziewczyny nie wyglądały jakby były w trakcie zażartej kłótni, a raczej obie były stosunkowo pokojowo nastawione. Może oceniał zbyt szybko, może, ale nie miał zamiaru słuchać teraz jej wytłumaczenia.
          Stali tak jeszcze przez kilka chwil, wpatrując się w siebie, aż dziewczyna w końcu postanowiła zabrać głos, robiąc jeszcze pół kroku w przód.
          - To nie tak jak myślisz. - wymruczała cicho, na co przewrócił oczami i prychnął. - Ja... - urwała, a jej głos delikatnie zadrżał. - Nie chciałam... To znaczy, ja nie mogłam, bo...
          - Skończ.
          - Nate... - zaczęła niepewnie, ale szybko wszedł do samochodu i zatrzasnął za sobą drzwi, ruszając z podjazdu.
       





***



       Dochodziła dwudziesta pierwsza, kiedy Dennis odebrał telefon, w którym usłyszał tylko "będę za dwadzieścia minut, każ Debby się zbierać". Przyjaciel raczej nie był skory do wyjaśnień kto do niego zadzwonił, po co i dlaczego tak nagle zerwał się z miejsca i po prostu odjechał bez słowa. Dzwonił do Rogera, ale ten powiedział, że nie ma zamiaru się mieszać i że sam do końca nie wie o co tak naprawdę chodzi. Postanowił, że przyciśnie go, kiedy tylko pojawi się znów na Grand Praire. Zaczynał coraz bardziej irytować go fakt, że jego przyjaciel miał przed nim tajemnice, którymi zwyczajnie nie chciał się podzielić. Zawiódł się, kiedy Nathan olał go, kiedy odwiedził go w pracy i poprosił o kilka minut rozmowy. Może mogłoby się potoczyć to inaczej, gdyby nie Leah...
       Poszedł więc posłusznie do pokoju Veronici i przekazał Debby wiadomość, po czym skierował się do salonu, gdzie został z samymi dziewczynami. Opadł na kanapę tuż obok Cher i przeczesał dłonią włosy. Czuł na sobie pytające spojrzenie dziewczyny Rogera, więc wzruszył po prostu ramionami jakby to miało wszystko wyjaśniać.
      - Coś się u niego dzieje. - mruknął pod nosem w jej stronę. - Nie mam pojęcia o co chodzi, ale mam wrażenie, że to...
      - Megan? - wtrąciła prędko Caitie, której obecności wcześniej nawet nie zauważył.
Blondynka siedziała w fotelu z nogami podkurczonymi pod tyłek i nerwowo gładziła się po udach. Wytrzymała jego odrobinę przydługie spojrzenie w całkowitej ciszy i czekała na potwierdzenie.
      - Skąd o niej wiesz? - spytał trochę z wyrzutem, ale nie silił się w tej chwili na uprzejmość. Był zdenerwowany i zazdrosny, miał do tego pełne prawo.
       Tym razem to ona wzruszyła ramionami, uciekając spojrzeniem gdzieś w dół, ale Dennis nie odpuścił. Ona też stosunkowo niedawno pojawiła się w ich życiu i szczerze powiedziawszy nie za bardzo rozumiał jak się to stało. Karcił się w myślach, że wcześniej nawet tego nie zauważył, a przecież Roger raczej nie był skory do zapraszania własnej siostry na tę imprezę. Jej wymówką była Eveline, do której White chciał się zbliżyć, a że są najlepszymi przyjaciółkami to wszystko mówiło samo przez siebie, więc Johnson raczej nie miał żadnych podejrzeń co do znajomości jego małej siostrzyczki i Brice'a. Teraz jednak Rogera nie było.
       - O co w ogóle z wami chodzi? - spytał bezpośrednio tonem, który nie znosił sprzeciwu.
Zamiast jej odpowiedzi w pomieszczeniu rozbrzmiał cichy, melodyjny śmiech Cher.
       - Daj spokój. - odezwała się w końcu, sięgając dłonią po szklankę wody. - O co ty w ogóle pytasz. - zaśmiała się jeszcze raz, upijając kilka łyków ze szklanki. 
       - Chcę po prostu wiedzieć co jest między nią, a moim przyjacielem. Pozwij mnie. - warknął.
       - Ale to nie jest twoja sprawa. - podsumowała brunetka. - Poważnie, daj jej spokój.
       - Cóż, chyba jednak moja, skoro...
       - Hej, zmieńmy temat, co? - głos Eveline przerwał jej w pół zdania. - Lepiej podzielmy się robotą i posprzątajmy ten garaż, okej?
       - Nie odpowiesz mi? - zignorował to wtrącenie i ponownie zwrócił się do Caitlyn.
        Przegryzła dolną wargę, bo przecież co innego mogłaby zrobić? Oficjalnie nic między nimi nie ma, znają się tydzień, w którym dowiedziała się znacznie więcej niż powinna, ale co z tego? Nie wiedziała czy mogła to zaliczyć do jakiegoś pogłębiania tej znajomości, zwłaszcza po minionej nocy, kiedy wydawało się, że coś między nimi zaiskrzyło. Tyle że z samego rana Nate zachowywał się jakby nic się nie stało, uśmiechał się uprzejmie i był dość miły, ale było to naturalne i zauważyła, że był taki dla wszystkich wkoło, więc nie miała prawa czuć się jakoś wyjątkowo, prawda?
       - Nic nie ma. - odpowiedziała cichutko, kuląc się trochę na swoim miejscu. Źle czuła się z tym, że jest w centrum zainteresowania, nigdy tego nie lubiła. - Ledwo się znamy.
       - Dobrze. - skomentował ostro Dennis i nikt już więcej się nie odezwał.
        Nie rozumiała reakcji White'a. Wydawało jej się, że ma do niej jakiś problem, choć wcześniej nic na to nie wskazywało. Sam zaprosił ją na ten weekend, tydzień temu była u niego na imprezie i wszystko wydawało się być w porządku. Co się zmieniło?
        Kilka minut później cała czwórka usłyszała jak ktoś podjechał pod domek i ciszę w tamtym momencie przecinały tylko głośniejsze wydechu zrezygnowania. Pierwszy do salonu wszedł Roger, witając się ze swoją dziewczyną. Nathan pojawił się chwilę później od razu nawołując swoją siostrę, która nadal nie wyszła z pokoju Ronnie. Odpowiedziała mu coś przez drzwi, a on obrzucił spojrzeniem wszystkich po kolei na dłużej zatrzymując się jednak na Caitlyn.
        - Możemy pogadać? - spytał, ściągając w ten sposób na siebie uwagę wszystkich w pokoju. - Na zewnątrz? - dopowiedział, na co dziewczyna z początku zmarszczyła czoło i ściągnęła brwi, ale powoli podniosła się ze swojego miejsca. Nie miała pojęcia o co chodzi i czuła się wyjątkowo niekomfortowo, kiedy oprowadzało ją do drzwi pięć par oczu...


______
*Przypominam, że jesteśmy w Stanach :)

BOŻE, NIE WIERZĘ, ŻE WCIĄŻ KTOŚ ZE MNĄ JEST, DZIĘKUJĘ!!

Mogłabym się tłumaczyć maturami, ale matury skończyły się dwa tygodnie temu.
Mogłabym się tłumaczyć pracą, ale pracuję od 8 do 16.
Mogłabym się tłumaczyć znajomymi, ale jestem 1000km od domu i na razie nie mam tutaj nikogo.
Mogłabym ewentualnie zrzucić całą winę na stres, ale minęło pół roku, a zdenerwowanie przyszłością to 1/10 przyczyn, przez które zrobiłam sobie przerwę. Mam nadzieję, że ostatnią...

czwartek, 5 grudnia 2013

12: Ten, który walczy z potworami powinien zadbać, by sam nie stał się potworem. Gdy długo spoglądamy w otchłań, otchłań spogląda również w nas.


         - F. Nitzsche.


             Noc często oznaczała szczerość. Noc często wiązała się z odwagą i nastrajała tajemnicą. Noc przykrywała wszystko, co nie powinno wydarzyć się w dzień. Noc pozwalała zrywać się myślom ze smyczy i balansować gdzieś na granicy zdrowego rozsądku i całkowitej, schizofrenicznej wręcz wolności. Tak Caitlyn wyjaśniała swoje zachowanie i tak Nathan chciał to widzieć. Noc oznaczała własne, niekoniecznie racjonalne bycie sobą, które popychało w przód lub zrzucało z klifu. Dlaczego ciemność tak dobrze wpływała na ludzi? Dlaczego dopiero po zmierzchu zrzucano maskę i dlaczego tylko wtedy stać nas na całkowitą nagość osobowości i sposobu myślenia. Dlaczego tylko nocą to nas nie krępuje? Dlaczego to właśnie wtedy człowiek zdaje sobie sprawę, że jest tylko człowiekiem. Często pęka, płacze, wytyka własne błędy. Nocą wszystko uderza w niego z potężniejszą siłą niż przy promieniach słońca, które przyjemnie ogrzewa jego twarz. Nie ogranicza się, wie, że nikt go nie widzi, wie że zawsze może się ukryć. Wie, że taka jest rola drapieżników, które korzystają z tej osłony, kiedy atakują ofiarę. Człowiek nie jest drapieżnikiem w biologicznym znaczeniu tego słowa, ale w tym psychologicznym już tak. Walczy, atakuje, grozi, chowa się, ucieka. Człowiek to forma wyższa ponad wszystkimi wyższymi, jego fizyczna słabość wynagradzana jest wolną wolą i umiejętnością myślenia w każdej sytuacji. Człowiek jest zwierzęciem najczęściej pod osłoną nocy.
            Nierówne, urywane oddechy roztaczały się po niewielkim, mrocznym pomieszczeniu. Caitlyn przeczesała dłonią wilgotne kosmyki włosów, które jeszcze nie zdążyły wyschnąć po prysznicu i położyła się na plecach, wydychając głośno powietrze z ust. Nie mogła w to uwierzyć, nie chciała. Nie mogła przyjąć do wiadomości, że ją odrzucił, że odepchnął ją, kiedy ona...
    - Caitie? - usłyszała mruknięcie z prawej strony.
Zacisnęła usta w cienką linię i odwróciła głowę w przeciwnym kierunku, przymykając powieki. Wstydziła się. Speszyła się tak, jak chyba jeszcze nigdy, czując na całym ciele jak oblewa ją pot i zażenowanie. Znowu to zrobiła. Znowu się narzuciła, nie odczytując prawidłowo intencji chłopaka.
  - Wiesz, że to nie jest teraz najlepsze wyjście, prawda? - tłumaczył, dźwigając się na łokciach i przyglądając dziewczynie, która jedyne o czym w tamtej chwili myślała to ucieczka. - Mam teraz...
   - Spotkałam ją. - przerwała w pół słowa, w sekundę zbierając w sobie całą odwagę, która jeszcze jej pozostała. Zdawała sobie sprawę, że już była na przegranej pozycji i postanowiła wykorzystać swoją determinację już do końca. Musiałą to wyjaśnić. - Rozmawiałam z nią. - obróciła powoli twarz, w końcu obarczając spojrzeniem szatyna. - Z Megan. - wyjaśniła, widząc zmarszczone w niezrozumieniu męskie czoło.
              Widziała jak ze zdezorientowania jego twarz zmienia się pod wpływem tabunu emocji, jakich mu dostarczyła. Niedowierzanie, zdziwienie, aż w końcu zrezygnowanie i ciężki oddech, który poczuła nawet na swojej szyi, choć dzieliła ich całkiem spora odległość. Nathan zwilżył językiem usta i na chwilę odbiegł wzrokiem w bok, zastanawiając się co najodpowiedniejszego mógłby teraz z siebie wydusić.
   - I nadal miałaś ochotę spać ze mną w jednym łóżku? - spytał, a jego ton głosu z cichego zmienił się na niemal warknięcie. Był zły, że po raz kolejny poruszała ten temat, ale ona po prostu inaczej nie potrafiła. Nie potrafiła zostawić tego samopas, kiedy była w to, jakby nie patrzeć, odrobinę zamieszana.
  - Spotkałam ją w parku. Poznała mnie. - postanowiła opowiadać dalej i nie spuszczała wzroku z niebieskich tęczówek, które świdrowały ją wzrokiem. - Podeszła, przedstawiła się i zaczęła mówić. O sobie, o tobie, o was i o waszym... - zawahała się, co Nathan od razu podchwycił, odsuwając się od niej jeszcze o kilka centymetrów.
    - Mówiła, że jest moje? - spytał retorycznie, prychając przy tym cicho.
Caitlyn potwierdziła delikatnym ruchem głowy.
    - Była pewna.
   - Megan się mści, okej? - wyjaśniał, zirytowany zaistniałą sytuacją. - Nie mam pojęcia co siedzi w jej głowie, ani dlaczego to właśnie mnie wymyśliła sobie na tatusia. Oczywiście, że mogę być nim ja, zupełnie tak samo jak połowa tego pieprzonego miasta. 
     - Za co się mści? - spytała, czując jak podniecenie na samą myśl o tym, że mogłaby w końcu rozwikłać tę zagadkę ogarnęło jej ciało. Starała się zbytnio nie okazywać swojego entuzjazmu na to, że Nathan w końcu się otworzył, a ona zamierzała to wykorzystać. 
     - Caitlyn... - odetchnął chłopak, odchylając na chwilę głowę w tył, myśląc co odpowiedzieć. - Naprawdę nie uważam, że musisz to wiedzieć. - tłumaczył, przyglądając się zawiedzeniu, które dostrzegł w jej przymkniętych ze zmęczenia oczach. - Cholera, rozumiem, że temat Megan może cię... nurtować. Ale to moja sprawa i to ja muszę coś z tym zrobić. Twoja wiedza o tym mi nie pomoże, a całkiem możliwe, że pogorszy cały ten syf, więc proszę cię, przestań mnie naciskać. Mam dość wymijania tych odpowiedzi, kiedy zadajesz mi niewygodne pytania, to miesza mi w głowie. Tobie pewnie też, dlatego odpuść, dobra? Nie właź w to.
   - Jak chcesz. - odpowiedziała stanowczo, zdenerwowana z faktu, że właśnie przed chwilą kazał jej pilnować swojego nosa.
        Już miała obracać się do niego plecami, kiedy poczuła silny uścisk z lewej strony talii i zanim zorientowała się, że jej brzuch uciska jego ramię, zdążyła jedynie wypuścić z ust powietrze. Chwilę później czuła na nich twarde wargi, które delikatnie zgniatały jej własne w krótkim, nastrojowym pocałunku.
     - Dobranoc.





~*~




          Deborah nigdy nie była typem śpiocha. Potrafiła spać maksymalnie do ósmej trzydzieści rano, bo po prostu nie odczuwała potrzeby wylegiwania się w łóżku, zwłaszcza, kiedy na zewnątrz panowała tak przyjemna atmosfera lata. Zupełnie przeciwnie do brata, który potrafił nie otwierać oczu do południa. Jeszcze kiedy razem mieszkali, często kłócili się o to, bo kiedy kilkuletnia wówczas dziewczynka próbowała nakłonić nastoletniego brata do zabawy efekt był raczej mizerny i często kończyło się płaczem z powodu niezbyt grzecznego wyproszenia z pokoju. Tak więc wstała jako pierwsza z mieszkańców, godzinę później niby przypadkiem budząc Ronnie, która z wyrzutami rozbudziła całą resztę.
           Chwilę przed jedenastą prawie całe towarzystwo zebrało się w kuchni. Brakowało jedynie Rogera i Cher, którzy postanowili zaraz po śniadaniu zniknąć na plaży. Debby siedziała z trójką swoich nowych koleżanek przy wyspie kuchennej przed laptopem i pokazywała coś reszcie, która ze skupieniem próbowała ogarnąć migające przed nimi obrazy. Dennis rozmawiał z kimś przez telefon, a Caitlyn i Eveline piły kawę, opierając się o kuchenne blaty. Nathan stał trochę z boku, przysysając się do butelki wody i uważnie słuchał co dziewczyny miały do powiedzenia.
          Kiedy cichy śmiech wypełnił pomieszczenie, a Debby szeptała coś do ucha Ronnie, Nathan zmarszczył brwi i z niezrozumieniem przejrzał się po twarzach wszystkich. Caitlyn nadal wpatrywała się w swój kubek i nawet nie podnosiła wzroku, wciąż zawstydzona sytuacją, jaka wyklarowała się między nimi w nocy, a Eveline uśmiechała się do rozmawiającego przez telefon Dennisa. Odłożył butelkę wody na blat i obszedł stół dookoła zatrzymując się tuż za plecami siostry. Pochylił się trochę w stronę ekranu laptopa, zupełnie łamiąc każdy aspekt prywatności czternastolatki zaglądnął, co tak bardzo śmieszyło dziewczyny w tym pudle. Debby szybko zamknęła komputer.
     - Spadaj. - warknęła, kładąc otwartą dłoń na klapce. - Odrobinę prywatności, dobra? Ja nie grzebie w twoim komputerze.
      - Spróbowałabyś. - prychnął, siłą zrzucając jej rękę i otwierając laptopa, ogarnął spojrzeniem stronę, którą wcześniej wyświetlały. Facebook pokazywał profil niejakiego...
      - Nate! To...
      - Aaron Laster? - spytał z przesadnym przejęciem i dotknął palcami brody. - Aaron Laster... Poczekaj, Debb, czy to nie jest przypadkiem... - ironizował.
      - Skończ, dobra?! - podniosła głos, zupełnie zapominając, że nie są w kuchni sami. Ściągnęła groźnie brwi, przysłaniając powieki o naturalnym kolorze, ozdobione jedynie wymalowanymi rzęsami. Trzymała się zasad, które sama sobie wymyśliła. Wydawała się być milsza, nie ubierała się ani nie zachowywała wyzywająco i jakby naprawdę chciała wszystko naprawić. Jakby.
        - Widzę, że się nie zrozumieliśmy, Siostrzyczko. - warknął, pochylając się w stronę jej ucha i siląc się, żeby nie podnieść na nią głosu. Nastolatka wzdrygnęła się na dźwięk gardłowego głosu, które rozlał się po jej uchu. - Miałaś całkowicie się odciąć, tak?! Więc tyczy się to wszystkiego, a nie tylko rodziców i reszty, która ci się podoba, jasne? Więc albo zakończysz tę śmieszną znajomość albo robię to, co ci obiecywałem jeszcze dwa dni temu. - wygarnął. - To, że zaczniesz stwarzać pozory normalnego dziecka, nie znaczy...
    - Dziecka?! - odpyskowała, na co chłopak zacisnął z nerwów usta w cienką linię. - Dziecka?! - powtórzyła, wstając prędko ze swojego krzesła i stając twarzą w twarz z bratem.
Nathan zaśmiał się sztucznie, wkładając w to tyle goryczy, ile tylko zdołał.
        - A nie? - uniósł brew, mierząc siostrę wzrokiem. - Masz czternaście lat, dziewczyno, w dodatku jesteś tak nieodpowiedzialna, naiwna i głupia, że nie masz co liczyć na to, żebym traktował cię jak równą sobie. - wyjaśnił, a twarz Deborah poczerwieniała.
       - Równą sobie?! - warknęła. - Co ty pieprzysz, Nate?! Zaczynasz gadać jak ojciec! Gdybym chciała słuchać jego wyrzutów to zostałabym w domu!
        - Może powinnaś!
        - Może powinnam! - przytaknęła, czując jak wściekłość ogarnia całe jej ciało.
 Oboje zapomnieli o obecności znajomych. Po prostu kłócili się jakby byli tu sami i jakby nikt inny nie miał prawa słyszeć ich wymiany zdań.
         - Tylko nie wiem po co robiłeś całe to przedstawienie z tym swoim "nie pozwolę jej skończyć na dnie" albo "jestem jedynym, który może jej pomóc". Pierdolenie! - krzyknęła. - Wytrzymałeś kilka dni i już zamierzasz odesłać mnie do domu tylko dlatego, że twoje tymczasowe macierzyństwo cię przerasta!
        - Próbowałem ci pomóc, a ty za każdym razem...
        - Nie, Nate! - przerwała, robiąc pół kroku w jego stronę i czuła jak łzy zbierają jej się pod powiekami. Użyła całej siły swojej woli, żeby się teraz przed nim nie rozpłakać i nie dać mu tej satysfakcji... - Nie próbowałeś mi pomóc! Ty po prostu zmieniłeś mój adres! W moim życiu inne jest tylko to, że mieszkam w centrum, a nie na obrzeżach, poza tym jestem dalej w tym samym gównie, tyle że kontrolujesz mnie na każdym kroku i wymądrzasz się, wymyślając jakieś idiotyczne zasady, których muszę się trzymać. Zakończ tę znajomość, nie rozmawiaj z tymi ludźmi, nie chodź tam i nie rób tego. - wyolbrzymiła, żywo gestykulując rękami. - To jest dokładnie to samo, co miałam w domu, tylko pod jakąś cholerną presją! Więc nie mów mi, że próbujesz mi pomóc, bo jak na razie ustawiasz moje życie pod twoje własne i swoje niepowodzenie zwalasz na mój beznadziejny charakter!
       - Koniec! - rozbrzmiał stanowczy, niski głos, a rodzeństwo nie spuszczało z siebie wzroku jeszcze przez kilka sekund, zanim obarczyli nim zirytowanego Dennisa. - Wystarczy już, w porządku?! - warknął, głównie w stronę przyjaciela, ale Debby też nie szczędził wymownych spojrzeń. - Chcecie się zabić to nie do jasnej cholery przy mnie! Ty - wskazał palcem na Nathana. - Idź się wykrzyczeć do lasu, pokop w drzewo, czy cokolwiek zwykle robisz, żeby się opanować, a ty - utkwił wzrok w czternastolatkę. - razem z Ronnie i dziewczynami macie posprzątać ten syf, który zostawiłyście w garażu. Nie mam pojęcia coście tam robiły, ale jak Mark to zobaczy to wszyscy jesteśmy skończeni, więc ruszcie dupy i zacznijcie załatwiać swoje sprawy między sobą! - wybuchnął, gniewnie na wszystkich patrząc, aż w końcu odłożył z impetem komórkę, którą trzymał cały czas w dłoni i ponaglił wzrokiem najmłodsze. Wszystkie trzy popatrzyły na siebie z niezrozumieniem, a dwie z nich nawet zmarszczyły brwi. Dennis zauważył, że coś jest nie tak. Zrobił krok w ich stronę. - Jakieś obiekcje? - spytał ironicznie, na każdej po kolei zatrzymując swoje tęczówki.
       - Dennis, kiedy my naprawdę nie byłyśmy w tym garażu... - zaczęła niepewnie Ronnie, wychodząc mu na przeciw. Splotła palce ze sobą i opuściła trochę głowę. - Nie wiem o czym mówisz, naprawdę my...
        - Nie rób ze mnie głupka, mała, słyszałem jak nad ranem tłukłyście się w drzwiach i...
       - Co?! - podchwyciła. - My przecież... - zastanowiła się, ale szybko kontynuowała. - Zasnęłyśmy przy telewizorze trochę po północy i nie wstawałyśmy,naprawdę!
       - Zgasiłam im światło. - wzruszyła ramionami Caitie, a oczy wszystkich nagle zwróciły się w jej stronę. - Około wpół do drugiej.
            Nikt nie rozumiał, o czym właśnie rozmawiano. Wszyscy patrzyli po sobie jak na całkiem obcych ludzi i jakby podejrzewali każdego z osobna. Sprawa naprawdę wydała się dziwna, skoro Dennis żył w nieświadomości, że jego kuzynka najzwyczajniej upiła się z przyjaciółkami jak to w zwyczajach mają dzisiejsze piętnastolatki na wakacjach. Był przekonany, że słyszał dziewczęcy głos, przebijający się głośnym, beztroskim śmiechem.
              Cała ósemka podskoczyła w miejscu, w którym dźwięk telefonu rozbrzmiał w całej kuchni. Nathan szybkim, zdecydowanym ruchem wygrzebał komórkę z kieszeni i nawet nie sprawdzając dzwoniącego, odebrał z głośnym warknięciem.
      - Zacharry Davids, podkomisarz policji głównej Dallas w stanie Teksas, czy rozmawiam z Nathanielem Brice? - wygłosiła chrypka w telefonie, a oczy Nate'a powiększyły się dwukrotnie przy tym, jak potwierdzał swoje nazwisko. - Właśnie dzwonię z pańskiego mieszkania, do którego włamano się około piątej trzydzieści rano. Czy jest pan w stanie przyjechać na miejsce?

_________________
Dzień dobry, powróciłam. Jestem zadowolona z tego rozdziału, uważam, że mi wyszedł. Mam nadzieję, że o mnie nie zapomniałyście, prawda? :(
Nie mam pojęcia, kiedy nowy, ale na pewno coś pojawi się przed świętami, bo mam pomysł na trzynastkę.
Kocham i cudownego weekendu! :*

niedziela, 17 listopada 2013

Siedem grzechów głównych, czyli dlaczego autorka siedzi cicho od września i nie daje znaku życia swoim ukochanym i najlepszym czytelnikom.

       Mam napisany rozdział 12, ale jedynie do połowy. Zabijecie mnie? Dobra, wiem, że zrobilibyście to już wieki temu, ale nikt nie dostarczył wam mojego rysopisu. W zamian za to mam coś dla was - mam nadzieję ciekawego. Otóż postanowiłam spojrzeć na swoich bohaterów jako czytelniczka i wydaje mi się, że może was to zainteresować. (A na końcu się tłumaczę z nieobecności, więc wiecie...)
Do rzeczy!
         Nathaniel. To jest najlepiej zbudowana jak do tej pory moja postać. Ma wady i zalety, nie jest idealny, ale jest na tyle ciekawą postacią (mam nadzieję), że nie jest przewidywalny. Ma przyjaciół, ma wrogów, nie jest rozhisteryzowaną, niestabilną emocjonalnie nastolatką po problemach sercowych. Twardo stąpa po ziemi, zna swoje możliwości i zdaje sobie sprawę z przeciwności jakie mogą go spotkać (choć też nie zawsze). Jest przystojny (taki, jaki by mnie zainteresował na ulicy albo w spożywczaku), ale też nie jest to supermodel Calvina Kleina. Bądźmy realistkami... Chciałam stworzyć chłopaka, którego jesteśmy w stanie poznać w prawdziwym życiu, takiego, który nas zdradzi albo będzie wierny, który jest oazą spokoju albo chodzącym wulkanem niezmierzonej energii, którą w sobie kumuluje. Chciałam kogoś PRAWDZIWEGO z krwi i kości, który nie jest nieczułym draniem (tak... to takie modne we współczesnej literaturze - przykład, patrz Christian Grey i jego fenomen). Nate to zdecydowanie moje ulubiona postać, którą stworzyłam. Nie musisz mi dziękować, Kocie. 

        Caitie mnie osobiście irytuje. To takie rozlazłe, ciepłe kluchy, które ktoś jeszcze wsadził do mikrofali, żeby parzyły w język i zabierały mu całą przyjemność z jedzenia. Nie lubię takich ludzi, jest nudna. Też macie takie wrażenie? Okej, rozumiem, że jej brat przyjaźni się z chłopakiem, który jej się podoba i do którego coś tam czuje, ale... poważnie? Dziewczyno, nie zachowuj się jak malutka, przestraszona owieczka wśród stada dzikich, wygłodniałych wilków. To taka sierotka Marysia, nie? Na pocieszenie tej biednej siedemnastolatki powiem wam, że jest moim ideałem kobiety. Wysoka, szczupła blondynka z niebieskimi oczami i szerokim, przyjaznym uśmiechem, która rumieni się chyba całe życie. Jej włosy delikatnie się falują, jest ich okropnie dużo i są przeraźliwie doskonałe. Moja Caitlyn to połączenie wyobrażeń ze smutną rzeczywistością. Coś jak idealnie wyglądające danie, które zazwyczaj podają w restauracjach. A propos... Tylko ja mam takie szczęście? Niedawno poszłam do azjatyckiej knajpy i dostałam "Cholerawieco" na talerzu i było tak ślicznie podane... Tu jakieś warzywko, przyprawy, dip, no normalnie moje oczy zżarły to w sekundę, a kiedy wbijam widelec w sojową wersję jakiegoś kotleta, kroję nożem jak na kulturalne dziecie przystało, podnoszę do ust ten kawałek i co czuję..? Mydło. Autentycznie! Mdłe, bez smaku, gumiaste i w ogóle jakby to przyrządzała prawdziwa, wschodnia rodzina na tych swoich paleniskach. Może taki urok? Kto wie, ale właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że moja Caitlyn jest azjatyckim żarciem. Porównywać kobietę do jedzenia... 
        Leah... Leah, Leah, Leah... Pierwszy raz w swojej karierze (lol) umieszczam w opowiadaniu kogoś o innej orientacji niż moja. Z tego co zauważyłam to wszystkie moje czytelniczki są pod tym względem tolerancyjne ;). Fakt, że umieściłam tylko jedną scenę kobieta-kobieta (a planowałam znaaaacznie więcej) to przyjęłyście to bez większych ekscesów. To dobrze, bo homofobia działa na mnie jak płachta na byka. Jestem jakimś chodzącym paradoksem pod tym względem. Kiedyś poszłam na imprezę i pierwszy raz w życiu widziałam na żywo dwóch całujących się (a raczej wysysających własne śliny) facetów (chłopaków, jak kto patrzy). Nie ukrywam, że musiałam odwrócić wzrok. Jakoś nie wydaje mi się to najatrakcyjniejszym widokiem, a poza tym jestem w tych 99% ludzi, którym zaraz robi się głupio nawet jak oglądają buziaki heteroseksualistów, psów czy nawet biedronek. Leah jest chodzącym rolnikiem, który ciągnie za sobą taczkę pełną dobra. Łazi i na siłę wtyka te swoje ziarna pokoju w każdą grządkę nawet jak ta ewidentnie tego nie chce, odpycha się rękami i nogami to ta i tak wsadzi swoje trzy grosze nawet siłą. Jest empatyczna, trochę zaborcza i uważa, że zawsze ma rację. (Ciekawe kto był pierwowzorem, hmmmm?) Poza tym niezwykle irytująca (tak mówi Nathan!), ale ma jedną bardzo ważną cechę - NIGDY nie odwraca się do nikogo plecami, kiedy ktoś potrzebuje jej pomocnej ręki (lub jakiegokolwiek rodzaju ręki, if you know what I mean). Czy to prawda? Przekonacie się o ile będziecie cierpliwe.
          Deborah. U niej chciałam wam pokazać taki typowy, psychologiczny portret dziecka (nastolatki), na którą problemy w domu oddziałują w sposób, który chyba jest jednym z tych najgorszych. Tragedia rodziny Brice, śmierć jej siostry bliźniaczki i bezradność rodziców zmodyfikowała ich więzi rodzinne do tego stopnia, że stali się dla siebie obcy. Kilka lat po tym wszystkim opuszcza ją nawet brat, więc dziewczyna zostaje całkowicie sama i zdana na swoje decyzje. Ma czternaście lat, dojrzała znacznie szybciej niż powinna i maskuje to będąc pod Aaronem (jej chłopakiem/byłym chłopakiem - dowiecie się w swoim czasie), który wprowadził ją w świat, który powinna znać wyłącznie z filmów kryminalnych i książek dla dorosłych. Nie wie czym jest w pełni zdrowa relacja i dlatego ma takie problemy z dogadaniem się z Nathanielem, który teraz właściwie większość siebie skupia na młodszej siostrze. Stara się przywrócić jej sposób myślenia do tego, który uważa za najsłuszniejszy. A ona, biedna, zaczyna się buntować...
            Dennis. Ojejka... ale ja go lubię. To chyba mój ulubiony bohater zaraz po Nathanie. Nie ma o nim na razie wiele, więc nie mogę wam też wiele zdradzić, ale w mojej głowie jest to ktoś kto zawsze spada na cztery łapy, jak kicia. Cii! Więcej nie powiem, bo mnie zabije, że obrabiam mu dupsko.
            Megan, czyli kobieta nie-sukcesu z plecami większymi od niej samej i niezmierzoną pewnością siebie. Lubie ją, lubię czarne charaktery. Jej specjalnością są intrygi, knucia i dążenie do celu nawet po trupach (co też niedługo zobaczycie). Jest rozdarta, nie potrafi sobie poradzić z tym, co ją spotkało. Usilnie stara się udowodnić Nathanowi, że dzieciak jest jego (czy jest czy nie jest to również tajemnica). Robi to nieudolnie, dlatego uruchamia swoją książkę telefoniczną "za wszelką cenę" i skazuje biednych bohaterów na kolejne problemy.
             O reszcie nie ma sensu na razie się rozpisywać, gdyż nie poznałyście ich na tyle, by cokolwiek zdradzić bez zdradzania ich zachowania w moim opowiadaniu. Masło maślane, taki ze mnie pisarz...  Spędziłam naprawdę sporo czasu dokładnie myśląc na fabułą, nad kontrastem między bohaterami i w ogóle nad całą tą historią. Może nie wiecie, ale każdy rozdział ma około trzech wersji, które analizuje i wybieram tę, która najbardziej mi pasuje do aktualnego humoru (dlatego np. Caitie spotkała Megan przed randką z Nathanem, w zamyśle miało być ciut inaczej). Staram się, staram się jak mogę, ale jak nie mogę to daję nogę. Taka kolej rzeczy, ludzie to nie maszyny. Faktycznie trochę zje... zniszczyłam, że rozdziały pojawiają się tak rzadko, ale... ale tak wychodzi, no... Jest mi cholernie przykro, ale nie wygram z siłami natury i ministra edukacji.
              A teraz coś dla wytłumaczenia, chociaż wiem, że to w sumie nie ma większego znaczenia, ale ja uspokoję sumienie. Jestem w klasie maturalnej. Za tydzień piszę próbną maturę (kupa w majtkach na samą myśl). Ktoś jest/był w moim wieku? Jeśli nie to wytłumaczę wam sposób myślenia nauczycieli jeśli chodzi o trzecią klasę "Ej, gówno mnie obchodzi, że masz też dziesięć innych przedmiotów, za tydzień sprawdzian z całego działu, a za dwa z następnego! Nie obijać się, śmierdziele, mieliście dwa lata opieprzania się na lekcjach - teraz macie gonić za materiałem jak dzikie świnie za... czymkolwiek za czym gonią dzikie świnie! Matura zaraz! Matura! Wiecie, że matura, jest po to, żeby matura, wykształcić, matura, przyszłych, matura, intelektualistów... Matura. Jak szkoła wypadnie gorzej niż w tamtym roku odwołujemy studniówkę! (a ja już mam sukienkę!) Więc weźcie się do nauki i napiszcie to jakoś przyzwoicie!" Także sami rozumiecie... W dodatku ja zaczęłam kurs na prawo jazdy, Wyjeździłam 17 godzin, przede mną kolejnych 13 i cztery egzaminy - wewnętrzne i państwowe - więc bardziej od Vademecum zależy mi na "Doskonały kierowca. Kategoria B." Nie oszukujmy się, weekendów też w tym wieku nie spędza się w domu, zwłaszcza, że jesteśmy w fazie osiemnastek. (3 tygodnie temu skończyłam swoją, wiecie jakie dziwne uczucie? I ani razu nie poprosili mnie o dowód przy zakupie alkoholu, tyle przegrać). Czasami wracam do domu po godzinie 20:00 i jedyne o czym myślę to gorąca kąpiel, kawa z mlekiem i łóżko. Zapisuje sobie myśli dotyczące opowiadania i mam zamiar je wszystkie kiedyś wykorzystać, ale świat jest okrutny, moje lenistwo też i totalny brak weny, który mnie dopadł razem z trzecią klasą liceum ogólnokształcącego. Zapewne jeszcze nie raz się odezwę przed wstawieniem rozdziału (chociaż liczę na to, że z początkiem grudnia/końcem listopada coś tutaj będzie) i popierdzielę od rzeczy tak jak robię to teraz, bo jest po 19, a ja jeszcze nic nie umiem na poniedziałek, więc robię wszystko byleby odepchnąć od siebie te książki, które już powoli zaczynają śnić mi się po nocach (poważnie!). Nie jestem przyzwyczajona, że mam tyle na głowie, mam dopiero osiemnaście lat, gram w simsy, oglądam bajki i rysuję penisy w zeszytach kogoś z kim siedzę w ławce. Zdaję sobie sprawę, że powinno się oczekiwać ode mnie już jakiejś podzielności uwagi, niedługo dzieci, pies, obiad dla męża, ale... poważnie? Nie widzę się w tej roli, kiedy ja sama jestem dzieciakiem. Słabo, a za rok UAM jak dobrze pójdzie.
         Cóż mogę rzec na pożegnanie? Do rychłego, mam nadzieję, zobaczenia i pamiętajcie o mnie, bo ja nie zapomniałam. 
         Uwielbiam was za to, że wciąż ze mną jesteście. (Odpowiadam na komentarze, możecie śmiało hejtować, bo wiem, że zasłużyłam :c).







P   R   Z   E   P   R   A   S   Z    A   M!




+ czekam na odzew ocenialni, do których się zgłosiłam i proszę o ocenę "mimo wszystko", bo ja tu wrócę. Na 1000000%.

sobota, 21 września 2013

11: Próba zmiany nic nie zmienia.

            Białe ściany pomieszczenia przypominały całej zgromadzonej tutaj trójce w jakim celu spotkali się właśnie w szpitalu. Odprężona, uśmiechnięta Megan ciągle posyłała spojrzenia zdenerwowanej nienaturalnie Leah i rzucając w jej stronę jednoznaczne komentarze na temat tego, dlaczego się tutaj znalazły. Lekarz sunął przyrządem do badań USG po jej nagim, lekko wypukłym brzuchu i cicho komentował, że z dzieckiem wszystko jest w porządku i że nie widzi oznak tego, że mogłaby się rozwinąć choroba zespołu Downa czy inne, niebezpieczne dla rozwoju malucha powikłania. Szatynka wykręcała w nerwach swoje palce i musiała zaciskać mocno usta, żeby przypadkiem z jej ust nie wydostała się salwa słów, których mogłaby pożałować.




***






- Tylko nie zdemoralizuj nowych koleżanek, jasne? - zagroził, kiedy srebrne audi zatrzymało się kilka metrów przed sporym, dwupiętrowym domkiem letniskowym państwa White.
        Dochodziła godzina dziewiętnasta, więc słońce oddawało miastu ostatki swojej mocy. Wciąż temperatura była wysoka, ale nie można było czuć na twarzy przyjemnego ciepła, kiedy to promienie uderzały w ludzkie twarze, powodując przy tym szeroki uśmiech. Pomruk silnika ucichł, kiedy tylko na horyzoncie pojawiła się znajoma rodzeństwu sylwetka. Chłopak uśmiechnął się i wolnym krokiem zaczął podchodzić w stronę swoich znajomych na co drobna szatynka na siedzeniu pasażera przegryzła dolną wargę.
- Nate? - zaczęła ostrożnie, kuląc się trochę na swoim miejscu i nie udolnie próbując to zamaskować. Brat spojrzał na nią z nikłym uśmiechem na opalonej twarzy i odpiął pas. - To chyba nie był dobry pomysł. - wymamrotała, spoglądając w przednią szybę.
         Tuż za kroczącym ku nim Rogerze mała, trzyosobowa grupka dziewczyn podążała w stronę mieszkania, owinięta jedynie w ręczniki kąpielowe i ze związanymi włosami. Ich chichot był słyszalny nawet we wnętrzu samochodu, którego dwa boczne okna nadal pozostawały otwarte. Jedna stanęła nagle w miejscu, zostając trochę w tyle i mało nie wywracając się na zimną ziemię z tego ataku niepohamowanego śmiechu. Nathan przyglądał jej się uważnie i powoli zaczął rozumieć o co chodzi jego młodszej siostrze.
         Ta dwuletnia rozłąka nie podziałała najlepiej na ich więź. I chociaż kiedy widywali się dwa czy trzy razy w miesiącu potrafili rozmawiać ze sobą normalnie, a przynajmniej tak im się wydawało. Dopiero teraz, od tych paru dni, podczas których Debby zajmowała jego kanapę, a jej ubrania zajmowały połowę jego szafy uczyli się od nowa jak znów poczuć się rodzeństwem. Dotarło do niego, że właściwie już nic o niej nie wie, nie ma pojęcia o jej sposobie myślenia, o stylu bycia czy nawet o tym, co ją uspokaja. We własnym wnętrzu, gdzieś na samym dnie podświadomości to go bolało i obwiniał się, że ich relacje wyglądają teraz tak, a nie inaczej. Nie znał jej znajomych, oprócz chłopaka, którego wygonił pierwszego dnia z mieszkania, kiedy przyłapał ich w sytuacji, w której żaden starszy brat nie chciałby widzieć swojej czternastoletniej siostry. Nie wiedział jak zachowuje się w grupie swoich rówieśników, nigdy nie widział jej zaśmiewającej się w głos z najlepszą przyjaciółką na dywanie w salonie rodziców czy płaczącej przy oglądaniu jakiegoś babskiego wyciskacza łez, który wywołuje spazmy rozpaczy u dojrzewających nastolatek, w których szaleje burza hormonów. Nie miał pojęcia jakie przedmioty w szkole ją interesowały, czego nie lubiła, jaki sport uprawiała najchętniej na zajęciach wychowania fizycznego i jak często zdarzały jej się oceny niedostateczne na niezapowiedzianych kartkówkach. Takie błahostki czynią rodzeństwo czymś więcej niż współlokatorami z przymusu, którzy dzielą ze sobą rodziców i psa. Czynią z nich przyjaciół bez względu na różnicę wieku jaka między nimi istniała i nie zważając na to, że tak bardzo się od siebie różnią. Zgodne rodzeństwo to największy skarb, jaki może być dany przez Boga.
          Żałował. Bardzo żałował, że ich losy potoczyły się właśnie w ten sposób. I chociaż nadal uważał, że odejście od rodziców w tak młodym wieku to najlepsze, co udało mu się zrobić w ciągu jego dziewiętnastoletniego życia to nie mógł sobie darować, że zapomniał o siostrze. Zostawił ją, choć ona nadal nie potrafiła sobie poradzić. Najpierw straciła bliźniaczkę, później brata, a na końcu nawet własnych rodziców, którzy tak bardzo zmienili się od wypadku małej Mandy. Dobrze wiedział, że jego interwencja przyszła zdecydowanie za późno.
- Wrócimy jeśli się z nimi nie dogadasz. - obiecał, pogłębiając trochę swój uśmiech. - Ale spróbuj, na złe ci to nie wyjdzie.
- Przyznaj, że Dennis zaprosił tu jakąś dziewczynę i dlatego tak mnie ciągniesz na to zadupie! - zaśmiała się cicho.
- Wysiadaj. - urwał, szturchając ją lekko w ramię i wysiadając z samochodu.
Od razu skierował się w stronę niedużego bagażnika i otwierając go, wyciągnął dwie małe torby podróżne. Jedną od razu przewiesił sobie przez ramię, a drugą trzymał w ręku, czekając aż Deborah dołączy do niego i zabierze swój bagaż.
- Czemu nigdy nie widziałem tego auta?! - nagle rozległ się głos zaskoczonego Rogera, który przyglądał się pojazdowi z największą uwagą tylko po to by za chwilę podnieść podejrzliwe spojrzenie na przyjaciela. - Brice? - zagadnął. - Ty naprawdę pracujesz w kawiarni?
- Sprzedaję kokainę i dziwki. - wzruszył ramionami, mówiąc to tak oczywistym tonem jakby właśnie wypowiadał się na temat pogody. - Debby, weź to. - podał siostrze torbę, zamykając zamki w swoim audi.
             Przeszli we trójkę, słuchając opowiadań Johnsona o tym, że trafili na miejsce już około jedenastej i przeleżeli cały dzień plackiem na plaży korzystając z pięknego początku wakacji. Wspominał też, że wybierają się z Cher na trochę gdzieś w okolice San Francisco. Byli razem już jakiś rok i z tego, co Nathan się orientował całkiem dobrze im się układało. Dziewczyna była od niego starsza, niecałe półtora roku, ale jakoś żadnemu z nich to nie przeszkadzało. Niedawno skończyła dwadzieścia lat, a jej partner dopiero będzie obchodził swoją dziewiętnastkę. Wszyscy uważali, że jest w porządku, nie wywyższała się nigdy, a często swoim zachowaniem pokazywała, jakby niedawno dostała się do liceum. Była zabawna, potrafiła się bawić i nigdy nie zrzędziła, jak to miały w zwyczaju jego byłe. Ona była pierwszą, którą bezkonkurencyjnie polubili i która naprawdę im się podobała, bo przyjaciel miał zupełnie inny gust... Miała długie, czarne włosy, które trochę się kręciły, duże, niebieskie oczy i była chyba najszczuplejszą laską, z którą mieli do czynienia. Była tak chudziutka, że z początku bali się nawet podać jej rękę, obawiając się, że połamią jej te anorektyczne kosteczki, ale ona szybko wyjaśniła, że to u niej rodzinne i że wpierdziela na potęgę, co nie raz udowodniła.
            Chwilę później do ich uszu dobiegł głośny śmiech, który rozpoznał dopiero po kilku sekundach. Eveline spotkał dwa razy, w tym tylko raz zamieniał kilka słów. Swoją drogą śmieszyło go to, że podobała się zarówno Dennisowi jak i Leah, i w duchu robił zakłady, którą opcję rudowłosa wybierze. Wcale go to nie dziwiło, ta dwójka miała naprawdę podobne kryteria jeśli chodzi o dziewczyny, przede wszystkim musiała być wysoka, pewna siebie i musiała łatwo odnajdywać się w nowym towarzystwie. Sądząc po tym, że Eve już się zaaklimatyzowała stwierdził, że jest strzałem w dziesiątkę.
             White walczył z rozpalaniem ogniska, co niezwykle rozbawiało dwie dziewczyny, które cisnęły się na jednoosobowym leżaku. Trzecia nachylała się razem z nim nad ledwo dymiącym się stosikiem drewna i krzyczała na niego w śmiechu, że nie potrafi nic zrobić. Jednak kiedy tylko zobaczyła nowych gości od razu wstała z miejsca, żeby się przywitać.
             Przedstawiła się Debby i podeszła do Nathana, składając na jego policzku przelotny, przyjacielski pocałunek, tylko po to, żeby moment później przykleić się do boku swojego chłopaka i pytając go o coś cichutko.
- To jest Eveline i Caitlyn. - odezwała się ponownie Cher, nie odsuwając się od ramienia Rogera, ale wychylając się w taki sposób, żeby najmłodsza mogła dokładnie ją widzieć.
Na dźwięk swoich imion obie podniosły się do siadu i posłały przyjacielskie uśmiechy w stronę speszonej Deborah. Ta uniosła bez słowa dłoń do góry, w geście powitania i spuściła zawstydzone spojrzenie, co tak bardzo do niej nie pasowało...
- Ronnie! - krzyknął nagle Dennis, nie odrywając się od pracy. - Chodź tu! A już byłem w stanie postawić pięć dych na to, że nas olejesz. - burknął w końcu dając sobie spokój z rozniecaniem ognia i zmierzył szatyna wzrokiem.
- Co? - spytała niska brunetka, pojawiając się nagle tuż przy boku swojego kuzyna, a wzrok Nathana niemal od razu odnalazł zagubione spojrzenie siostry.












- Stara sprawa. - wzruszył ramionami, ciągnąc kolejny łyk piwa z do połowy wypełnionej puszki. - To mój prezent, ale nigdy go nie użyłem. To była pierwsza przejażdżka.
- Dostałeś w prezencie... audi? - zdziwiła się Eveline, podchwytując temat.

- Moi starzy nie cierpią na brak hajsu. - wyjaśnił krótko. - Lubią sobie coś udowadniać, mnie to nie rusza. Sprzedam go.
           Od dwóch godzin całemu towarzystwu zebrało się na wieczór szczerości i wypytywali się nawzajem o najbardziej intrygujące rzeczy. Dennis zdradził swój powód rozstania z Angie, które tak naprawdę wcale nie było rozstaniem, a jedynie oficjalną wersją, której wszyscy trzymali się przed Eve, Cher wymamrotała pod nosem coś na temat kłótni swojego byłego chłopaka z tym obecnym, a Nathan zdjął całą aurę tajemnicy jaka przykrywała jego nowy samochód. Dobrze się tak czuł, kiedy nie musiał się niczym krępować przed przyjaciółmi, kiedy mógł tak po prostu usiąść z nimi przy ognisku, napić się piwa i spędzić czas nawet na takich głupotach jak bezsensowne rozmowy, które były owocem nudy jaka ich dopadła. W miasteczku zamknęli jedyną dyskotekę, jaka tu istniała, a że każdy kto miał prawo jazdy był już także po kilku głębszych nie było mowy o przejażdżce do jakiegoś większego miasta w celu szukania miejsca, gdzie mogliby dużo ciekawiej spędzić ten czas. Poza tym nie każdy miał na to ochotę.


            Nie spodziewał się, że znajdzie tutaj Caitlyn. Po pierwsze z racji tego, że pojawił się także jej starszy brat, a po drugie, że dwa dni temu na linii Johnson junior - Brice coś zaczęło zgrzytać. O ile w ogóle można było rozpatrywać to w takiej kategorii, gdyż poza kilkoma rozmowami nie łączyło ich właściwie nic więcej. Trochę dziwił się sam sobie, że coś go do niej ciągnie, skoro ich relacje pozostawały czysto koleżeńskie, a jej ostatni telefon tylko go w tym przekonaniu utwierdzał. Właściwie jedynym, co wykraczało poza granice przyjaźni był fakt, że cholernie mu się podobała i tak bardzo przypominała byłą dziewczynę, która teraz robi wszystko, żeby tylko wcisnąć mu swojego niedoszłego nadal bękarta.
              Jeżeli miałby wymieniać zalety i wady słonecznego Texasu na pierwszym miejscu postawiłby wysoką temperaturę, której tak bardzo brakowało mu w deszczowym Waszyngtonie, a na ostatnim fakt, że potrafiła tak nisko spaść w nocy. Pod tym względem Dallas tak bardzo go irytowało...
               Rozejrzał się wkoło. Dennis, Eveline i Caitlyn siedzieli na przeciw jego, Cher i Rogera. Jakieś dziesięć metrów dalej cztery nastolatki siedziały na werandzie przy nikłym świetle starej lampy i zażyle o czymś dyskutowały. Zauważył też, że Debby całkiem nieźle odnajduje się w towarzystwie pozostałych piętnastolatek i uśmiechnął się do siebie w myślach, że może to pozwoli jej jakoś oderwać się od starych znajomych. Ich relacje nie były zdrowe, jeśli jedyną ich rozrywką było plucie sobie do zupy, kiedy po raz kolejny radiowóz ściągnął ich w nocy z jakiś dziwnych, podejrzanych miejsc, często w stanie upojenia alkoholowego czy jakiegokolwiek innego. Deborah jeszcze wielu rzeczy nie rozumiała, była dzieckiem, więc właściwie nie można było oczekiwać od niej mądrości doświadczonego człowieka. To było wręcz nierealne.
                 Chwilę później Cher oznajmiła, że jest potwornie zmęczona i chciałaby się położyć. Roger jako przykładny chłopak, w którego się powoli zmieniał powlókł się za nią nie do końca zadowolony z tej opcji, ale milczał i grzecznie ruszył za nią. Już wcześniej było po niej widać, że nie czuła się najlepiej i w ogóle była trochę przybita, ale póki posyłała swojemu chłopakowi uspokajające i pełne zrozumienia spojrzenia nie było się o co martwić. Chyba.
              Kiedy postanowił zabrać się stąd i także pójść do siebie, zauważył jak ze swojego miejsca wstała Caitie i niepewnie ruszyła w jego stronę. Trudno było mu się dziwić, bo Dennis chyba zaczął powoli osiągać swój cel przyjazdu tutaj, bo roześmiana Eveline nie zwracała uwagi na nikogo innego poza nim. Spojrzał na swoją puszkę, której nie mógł opróżnić i stracił ochotę na tych kilka łyków napoju, które pozostały, a później obarczył spojrzeniem blondynkę, która zajęła miejsce tuż obok niego. Odkąd tylko tu przyjechał unikała jego wzroku, nie zamieniła z nim ani jednego słowa, a na dodatek starała się robić wszystko, żeby zapomnieć o jego obecności, co, nie ukrywał, trochę go śmieszyło. Bez słowa przysunęła się trochę bliżej i oparła głowę o męskie ramię. Odruchowo położył dłoń na jej kolanie od wewnętrznej strony i trzymał ją tam dopóki nie zgniótł w rękach pustej puszki i nie wstał ze swojego miejsca, również w milczeniu kierując się w stronę domu.








***





            Stała dobrych kilka minut pod drzwiami i zastanawiała się czy robi dobrze i czy w ogóle ma prawo do czegoś takiego. Przegryzła dolną wargę jeszcze raz analizując w głowie argumenty, jakie sobie poukładała w głowie. Eve i Dennis trafili do jej sypialni, którą miała dzielić z przyjaciółką i rzecz jasna mogłaby spokojnie tam zostać, bo po prostu leżeli obok siebie, jedynie się przytulając, ale czuła się trochę niezręcznie. Wcześniej zauważyła także, że jego siostra razem z Veronicą i dwiema pozostałymi dziewczynami zasnęły w salonie, wysypując przy tym całą miskę popcornu. Wyglądało to dosyć komicznie, bo cisnęły się w czwórkę na jednej kanapie, ale nie chcąc ich budzić po prostu wyłączyła ciągle grający telewizor i małą lampkę na komodzie. Wzięła głębszy oddech i otworzyła cicho drzwi, zaglądając niepewnie do środka.
            Pokój był malutki. Mieściło się tam tylko jedno łóżko przeznaczone albo dla dwóch szczupłych osób albo dla jednej bardzo potężnej, komoda i jeden fotel. Przez nieduże okno wpadało światło księżyca, który dzisiejszej nocy był akurat w fazie prawie pełni i oświetlał całe wnętrze. Z opóźnieniem dotarł do niej równy, głęboki oddech, dobiegający gdzieś spod pościeli i od razu zawędrowała tam wzrokiem. 
- Nathan? - szepnęła, podchodząc kilka kroków bliżej, ale kiedy to nic nie dało, nachyliła się trochę nad nim jeszcze dwa razy powtarzając jego imię.
W końcu uchylił powieki i patrząc na nią zaspanym, nieobecnym spojrzeniem, zmarszczył lekko brwi. Dokładnie zlustrowała wzrokiem całą jego twarz, począwszy od rozmierzwionych, potarganych brązowych włosów, przez grymas niezrozumienia aż po odkryte, nagie ramiona, które wystawały spod cienkiej kołdry. Przetarł dłonią czoło.
- Przepraszam, że cię budzę, ale nie mam gdzie spać. - wyszeptała, nie spuszczając z niego spojrzenia. - Eve i Dennis są...
- Chodź. - przerwał, robiąc jej trochę miejsca po swojej prawej stronie i odchylając kołdrę w geście zaproszenia.
              Ściągnęła brwi, trochę się dziwiąc, że wcale nie musiała się tłumaczyć dlaczego to akurat jego pokój sobie wybrała zamiast grzecznie zapukać do swojego brata i wyjaśnić mu całą sytuację. Przełknęła szybko ślinę i wsunęła się pod kołdrę, starając się go przy tym nie dotknąć. Nawet nie zdążyła się wygodnie ułożyć, kiedy rzucił okrycie w jej stronę, a sam nadal leżąc na brzuchu odwrócił twarz w stronę ściany. Jeśli miała być szczera to nie takiej reakcji oczekiwała i trochę się zawiodła, ale nie mogła się dziwić skoro zachowywała się w ciągu ostatnich dni w taki dziwny sposób. Nie wyjaśniła mu dlaczego odwołała ich wspólne wyjście, bo w głowie wciąż przelatywał jej obraz tej dziewczyny... Megan i faktu, że zaszła w ciążę prawdopodobnie z nim. Nie rozumiała siebie dlaczego tak bardzo zależy jej na jego uwadze i dlaczego najpierw zachowuje się jakby chciała zakończyć znajomość tylko po to, żeby kilkadziesiąt godzin później wskakiwać do jego łóżka z jakąś marną wymówką. Dźwignęła się na łokciach i przysuwając twarz w jego stronę złożyła na jego szyi delikatny, krótki pocałunek, odsuwając się zaledwie parę centymetrów. W tamtej chwili nie myślała ani o ostrzeżeniu Leah, która z niewiadomych przyczyn tak nagle zaczęła interesować się jej życiem, mimo że spotkały się kilka razy zazwyczaj zupełnie przypadkowo. Nie zaprzątała sobie głowy tym, że kilka pokoi dalej śpi jej starszy brat oraz z całych sił odpychała od siebie przygaszony wzrok ciężarnej Meg, która z takim żalem w głosie wypowiadała się na temat swojego stanu. Po prostu tego potrzebowała. Jakby szukała potwierdzenia, że to wszystko to jedno, wielkie kłamstwo.
             Zareagował niemal natychmiast, przewracając się na bok twarzą w jej stronę. Uśmiechnęła się delikatnie, będąc pewną, że to zauważy przy tak intensywnym świetle księżyca. Dotknęła niepewnie jego skroni, na której wciąż widać było ślady siniaka, z którym musiała walczyć kilka dni temu i który przypomniał jej o tym, że wciąż coś przed wszystkimi ukrywał. Nie spuszczał z niej wzroku, a ona wodziła spojrzeniem za swoimi palcami, które teraz badały linię jego szczęki. Nachyliła się tylko odrobinę w jego stronę, pozostawiając między nimi jeszcze całkiem sporo wolnej przestrzeni, a sekundę później, zupełnie niespodziewanie poczuła obce, pełne usta zgniatające delikatnie jej wargi. Dopiero w tamtej chwili zdała sobie sprawę, że mimo faktu, że taka sytuacja wyklarowała się między nimi trzeci raz to to był pierwszy, w którym to nie ona do tego doprowadziła. Do tej pory podczas pocałunku chłopak zachowywał się całkowicie biernie, stał lub siedział zupełnie bezczynnie, a teraz czuła jak w końcu zaczął się w to angażować. Położył ciepłą dłoń w zagłębieniu jej smukłej talii i wbijając opuszki palców w skórę, szarpnął ją w swoją stronę, siłą przyciągając do siebie jej ciało. Pogłębił pocałunek, przejeżdżając językiem po jej dolnej wardze, którą natychmiast uchyliła. Położyła jedną z dłoni na jego karku, drugą nieśmiało dotykając męskiego ramienia. Mimowolnie zarzuciła nogę na jego i jeszcze bardziej zmniejszyła odległość jaka ich dzieliła. Chłopak wsunął dłoń pod jej obcisłą bluzkę, sunąc dłonią po całej długości jej nagich pleców.

niedziela, 15 września 2013

10: Zapomnienie nie zawsze jest najlepszym wyjściem z wewnętrznej porażki. Część 2.


         Sygnał odebrania nowej wiadomości rozniósł się echem w jej torebce na co dziewczyna zmarszczyła ze zdziwienia brwi i zsunęła ją z ramienia na wysokość łokcia. Otwierając jedną ręką zamek błyskawiczny wyszukała w niej telefonu i z zainteresowaniem sprawdziła nadawcę smsa. Otworzyła szerzej oczy, kiedy zamiast tekstu na ekranie pojawił się pusty dymek w wątku rozmowy z Leah. Nie znały się za dobrze, spotkały się kilka razy i odrobinę zaledwie zbliżyły w weekend, dlatego Caitie nie mogła zrozumieć co szatynka chce jej tym przekazać. Wybrała numer.
- Gdzie jesteś? - usłyszała niemal od razu jak tylko rozmówczyni podniosła słuchawkę.
- Właśnie wyszłam. - wzruszyła ramionami, spokojnie odpowiadając. - Leah... Wszystko w porządku? Jesteś zdenerwowana?
- Nie spotykaj się z nim dzisiaj. - mruknęła tylko tajemniczo, na co blondynka zaśmiała się cicho do słuchawki.
- Słucham? - spytała z niedowierzaniem, czekając na jakiekolwiek argumenty dlaczego miałaby napisać Nathanowi pół godziny przed spotkaniem, że zmieniła zdanie. - O co ci chodzi?
- Po prostu go sobie odpuść, okej? - kontynuowała. - To nie jest najlepszy...
- Przestań. - przerwała jej stanowczo. - Nie wiem o co ci chodzi, dzisiaj rano jeszcze mówiłaś zupełnie coś innego. Nie zmienię zdania.
- Słuchaj mnie! - krzyknęła do słuchawki. - To nie jest dla ciebie nic dobrego. - wyjaśniała. - Lepiej będzie jak dasz sobie z nim spokój, uwierz mi.
- Pa, Leah. Pogadamy później.  - pożegnała się, kciukiem naciskając ekran dotykowy w miejscu, gdzie kończyło się połączenie. 
          Przez kilka chwil jeszcze tępo wpatrywała się w pustą wiadomość jaką wysłała jej dziewczyna, zastanawiając się co takiego mogło stać się w ciągu zaledwie kilku godzin od ich ostatniego spotkania. Będąc w kawiarni, w której pracował Brice próbowała za wszelką cenę dowiedzieć się co go trapiło, a co dziwniejsze, sama namawiała ją do spotkania z chłopakiem. Skąd ta nagła zmiana nastawienia?
          Nie dane jej jednak było dłużej nad tym rozmyślać, bo z pantałyku wybił ją delikatny, subtelny kobiecy głosik, który pojawił się nagle jakby znikąd. Johnson stanęła nagle w miejscu jak wryta w ziemię, kiedy zobaczyła kto przed nią stoi. Od razu poznała tę blondynkę, która właśnie cicho wypowiedziała jej imię, jakby upewniając się czy zaczepiła odpowiednią osobę. Niska, szczuplutka, z burzą jasnych, delikatnie zakręconych kosmyków, sięgających połowy pleców i grzywką spiętą. Jej twarzy nie zdobił niemal żaden makijaż, jedynie pomalowała rzęsy, które przybrały nienaturalny, czarny kolor. Brązowe oczy były jakby przytłoczone, wyglądała na zmęczoną i trochę smutną, jednak wysiliła się na uprzejmy uśmiech. Była blada, jedynie jej policzki delikatnie zaróżowione nadawały jej trochę koloru. Miała na sobie krótką, brązową sukienkę i biały sweterek, a do tego średniej wysokości buty na koturnie ze skórzanymi wstawkami. Była bardzo ładna, zadbana i robiła dobre wrażenie. Gdyby nie ta przepełniona smutkiem twarz...
- My się już spotkałyśmy, prawda? - spytała ostrożnie, ponownie uśmiechając się w stronę Caitlyn. - U Dennisa. - dodała. - Jestem Megan.
Wiedziała. Pamiętała jak podeszła do niej, kiedy stała w salonie z Nathanem i jak...
- Wcale się nie zdziwię, jeśli mi nie uwierzysz. - kontynuowała. - Albo każesz nie wtrącać się w nieswoje sprawy. I będziesz miała rację. - zapewniła, odgarniając kosmyk włosów za ucho, nie spuszczając spojrzenia z dziewczyny. - Domyślam się, że Nathan wcale nie palił się do wyjaśnienia ci mojej wizyty na tej imprezie, a widziałam, że byliście... - chrząknęła nieśmiało - Blisko. Kiedyś przechodziłam przez to samo. - uśmiechnęła się na samo wspomnienie, na co Caitie uniosła nieznacznie brwi. - Dokładnie pół roku temu. Poznaliśmy się w dyskotece, w której był barmanem. Spodobał mi się, więc właściwie cały wieczór przesiedziałam przy barze i zamawiałam kolejne drinki, za które później wcale nie musiałam płacić. Przynajmniej gotówką. - uściśliła. - Dużo rozmawialiśmy, później zaproponował, że mnie odwiezie jak tylko skończy zmianę. Zgodziłam się i jakąś godzinę później znaleźliśmy się u mnie. Chyba nie muszę ci opowiadać jak skończyła się ta noc. - zaśmiała się smutno, kładąc dłoń na brzuchu. - Później byliśmy w związku, o ile w ogóle można to tak nazwać. To była tak przelotna przygoda... - pokiwała głową z dezaprobatą. - Dwa miesiące temu postanowił mnie zostawić jak tylko dowiedział się, że... - zacisnęła wargi, wymownie spoglądając na swój brzuch. 
             Wzrok młodszej przebiegł po całym ciele towarzyszki, zatrzymując się na dłużej na maleńkiej wypukłości wciąż niemal płaskiego brzucha. Miała na sobie tak obcisłą sukienkę, jakby chciała wszystkim wkoło pokazać w jakim stanie aktualnie się znajdowała. Przez kręgosłup Caitlyn przebiegły dreszcze, a ona sama nie miała zielonego pojęcia co myśleć. Patrzyła przerażona na niższą od siebie, starszą kobietę i oddychała ciężko, starając się nie dać nic po sobie poznać.
- To trzeci miesiąc. - uniosła kąciki ust w najsmutniejszym uśmiechu na jaki było ją stać. - Próbowałam się z nim skontaktować jak tylko miałam pewność, że zostanę mamą. Dzwoniłam, odwiedziłam go w pracy, ale... - wzięła głębszy oddech. - Potraktował mnie jak śmiecia. Wyzwał od szmat i kazał wynosić się z jego życia. Wyparł się swojego dziecka. - zaakcentowała przedostatnie słowo, patrząc na twarz Johnson po której przechodziły tabuny najróżniejszych emocji. Od strachu, przez niedowierzanie i ból, aż do rozczarowania. - Nie wiem jak mogłam być tak zaślepiona... - żaliła się. - Dlatego chciałam cię ostrzec. Nikomu nie życzę tego, co muszę przechodzić, a raczej... Musimy. - znów spojrzała na swój brzuch, dłonią delikatnie go gładząc. - Mam nadzieję tylko, że nic nie odbije się na maluszku. Ono nie jest niczemu winne. 
- Dlaczego mi to mówisz? - spytała cichutko, kuląc ramiona.
- Ucz się na moich błędach, a oszczędzisz sobie masę niepotrzebnego bólu.





***





           Zaraz po tym, jak Caitlyn napisała, że bardzo przeprasza, ale nie może się spotkać, niemal od razu wybrał numer Dennisa zapraszając go do siebie na wieczorny mecz. Oboje kibicowali tej samej drużynie, a że dzisiaj miała grać jeden z najważniejszych w sezonie postanowił to wykorzystać i zgarnąć przyjaciela do swoich czterech ścian. Dokładnie przemyślał propozycję jaką mu po południu złożył i był w stanie zgodzić się na ten wyjazd, ale nie wiedział co na to Deborah i to miał zamiar pozostawić w rękach White'a. 
- Nie możesz umyć po sobie kubka?! - usłyszał zza ściany wściekły krzyk siostry. - Albo chociaż włożyć go do zmywarki?! To naprawdę nie jest żadna filozofia!
- Cicho tam. - odpowiedział, wpatrując się w reklamę nowego proszku do prania.
            Leżał na kanapie i od dwudziestu minut nie dawał znaków życia. Po prostu zalegał na miękkiej sofie i bezmyślnie przełączał kanały, czekając na otwarcie spotkania. Nudził się, a nic nie wskazywało, żeby miało zmienić się to w ciągu najbliższych dwudziestu minut. Wiedział już, którym autobusem dojedzie do niego Dennis, a do jego wysiadki na przystanku przed budynkiem pozostało jeszcze naprawdę sporo czasu. Skoro nie chciał dojechać samochodem, mógł już domyślić się, że ten wieczór nie skończy się na trzeźwo.
             Właśnie zaczynał nucić tę chwytliwą melodię reklamy promocji jednego z większych supermarketów, kiedy poczuł na policzku nieprzyjemnie szorstki materiał kuchennego ręcznika, sekundę później widząc nad sobą postać Debby, która ze ściągniętymi groźnie brwiami wpatrywała się w niego.
- Cicho?! Może ja też zacznę sprzątać tylko po sobie, co?! - warknęła. - Ja nie wiem jak ty dotąd żyłeś, skoro.... Nathan! - krzyknęła, kiedy poczuła jak jedna z jego długich nóg oplata jej kolana i spycha na siebie tak, że wylądowała na jego jednym udzie, a druga noga przyciskała ją, nie wypuszczając z tego niezbyt czułego uścisku. Uderzyła małą piąstką w jego łydkę, chcąc jakoś się uwolnić, ale to tylko rozbawiło jej brata, który poprawił się na swoim miejscu i za nic nie chciał odpuścić. 
- Zostaw mnie! - rzucała się tak, że teraz całkiem zsunęła się z niego i nadal ubezwłasnowolniona siedziała tyłkiem na miękkiej kanapie. - Ile ty masz lat?! - wrzasnęła w momencie, w którym chłopak starał się wepchnąć jej do nosa swoją stopę. - FUJ! Boże, jesteś obrzydliwy... - dodała jak tylko udało jej się odepchnąć go trochę od siebie. 
- Kiedy ta rozprawa? - spytał luźno, wciąż siłując się z siostrą.
- Dwudziestego. Ja pierdzielę, Nate! - wrzasnęła. - To wcale nie jest śmieszne, zabieraj się ze mnie, bo...
- Bo? - przerwał jej, bezczelnie się z niej wyśmiewając. - No słucham.
- Bo ci nie zrobię obiadu! - zagroziła nagle się uspakajając i uważnie wyczekując jego reakcji z małym uśmiechem na ustach. Uniosła nagle w górę obie ręce w geście zwycięstwa. - Nareszcie! Po czternastu latach znalazłam na ciebie haka! Mój świat nabrał sensu.
- Będziesz mi grozić brakiem obiadu? - uniósł jedną brew uważnie jej się przyglądając po czym wybuchnął sztucznym i przesadnym śmiechem. - Ty codziennie przy garach? Jestem w stanie postawić pięć dych, że nie wytrzymasz nawet przez dwa tygodnie.
- Poważnie? Zapłacisz mi za to, że wymyśliłeś mi zajęcie kiedy się nudzę? - podpuszczała, splatając ręce na brzuchu i z większym zainteresowaniem przyglądając się bratu. 
- I tak wygram. - wzruszył ramionami, zabierając w końcu nogi z jej drobnego ciała i siadając tuż obok.
              Wyciągnął dłoń w jej stronę, którą od razu uścisnęła z cwanym uśmiechem na ustach. Już miała się odezwać, żeby rzucić na odchodnym coś, co miało poprzeć jej stanowisko, ale przerwał im dzwonek do drzwi. Prędko zerwała się z miejsca znikając w kuchni. Nathan ruszył się niechętnie z wygodnej i miękkiej sofy i przeszedł tych kilka metrów, które dzieliło go od drzwi wejściowych. Otworzył drzwi, szarpiąc zdecydowanie za klamkę, ale zamiast spodziewanego widoku Dennisa jego wzrok napotkał... Jeszcze Rogera.
- Patrz kogo znalazłem po drodze. - zaśmiał się, unosząc w górę dwa czteropaki piwa i wchodząc bez większych powitań do środka. - Hej, Debby! - krzyknął w przestrzeń, nie będąc pewnym, gdzie nastolatka akurat przebywa.
Rozejrzał się, próbując ogarnąć czy dziewczyna jest w kuchni czy w sypialni Nathana po czym ruszył w jej stronę, znikając za ścianą oddzielającą salon od drugiego pomieszczenia.
                 Pozostała dwójka przywitała się z uśmiechem i zajęli miejsca w salonie, wygodnie się rozkładając i zabierając się za otwieranie pierwszej puszki piwa. Zamienili ze sobą kilka zdań zupełnie z niczym nie związanych, jakby rozmawiali o pogodzie, dopóki nie przerwał im rozradowany głos White'a i cichy śmiech Deborah.
- Ty, Brice, ostatni raz cokolwiek na siostrę zrzucasz. - wygarnął, obracając się przez ramię i wyciągając rękę w stronę nieco speszonej czternastolatki, przywołując ją do siebie i obejmując przyjacielsko. - Nie ma zupełnie nic przeciwko! Załatwiaj lepiej to zastępstwo.
                   Pięćdziesiąt trzy minuty i kilka piw później skończyła się pierwsza połowa, a towarzystwo było zajęte sobą na tyle, że mógł wymknąć się na chwilę do sypialni. Debby znalazła wspólny język z Dennisem, który nieustannie ją czymś rozśmieszał i opowiadał ciekawe anegdoty z życia jej brata, których ten w większości nie pamiętał, bo działy się w tych momentach imprezy, w której już nie kontroluje się samego siebie, a alkohol szalejący w żyłach załatwia to, żeby za kilka godzin o tym zapomnieć i wypierać się, kiedy ktoś o tym wspomni na forum publicznym. Roger natomiast tylko czasami wciskał swoje trzy grosze do rozmowy, większą część poświęcając swojemu telefonowi, do którego nieustannie się głupkowato uśmiechał. 
                   Nathan zamknął za sobą drzwi sypialni i wykręcił prędko numer. Zaśmiał się pod nosem na myśl o całej tej sytuacji i czekał aż w końcu głuchy dźwięk wybierania numeru przestanie drażnić jego uszy.
- Tak? - usłyszał cichy głos w słuchawce swojego telefonu i zmierzwił dłonią włosy.
- Nie uwierzysz kto właśnie siedzi w moim salonie. - uśmiechnął się i kontynuował. - Jeden Johnson mnie dzisiaj olał tylko po to, żebym mógł pić trzecie piwo z drugim. Ale mnie szczęście kopnęło...
- Co Roger u ciebie robi? - zdziwiła się Caitlyn po drugiej stronie słuchawki ani trochę się nie rozchmurzając.
- Ogląda mecz. Rozmawiałaś już z Dennisem? - spytał, upijając kolejny łyk końcówki napoju.
                  Skrzywił się, bo cała zawartość puszki zdążyła już pozbyć się gazu. Przełknął resztkę piwa, zgniatając puszkę w rękach i czekając na odpowiedź. 
- Tak... - mruknęła niepewnie. - Ale nie wiem czy jest to dobry pomysł... 
- Co? - zdziwił się, unosząc brwi w górę. - Pieprzyć Rogera. - zaśmiał się pod nosem.
- Nie o to chodzi. - powiedziała szybko, rozwiewając jego domysły.
- Więc?
- Po prostu nie uważam, żeby cokolwiek dobrego mogło z tego wyjść. Muszę kończyć, Nathan. Cześć. - pożegnała się i rozłączyła w tak błyskawicznym tempie, że nawet nie zdążył jej przerwać.





***





- Co to, kurwa, miało być?! - wrzasnęła Leah prosto w roześmianą twarz blondynki, która stała zaledwie pół kroku przed nią. - Po co do niej leciałaś?! Przecież ja to miałam załatwić! - wrzasnęła jej w twarz, oczekując chociaż odrobiny powagi z jej strony. Na marne jednak. Megan stała wciąż w tej samej pozycji, z rękami splecionymi na wysokości brzucha i szyderczym uśmiechem przyklejonym do bladej twarzy. 
            Stały w przedpokoju w domu blondynki i wskakiwały sobie do gardła. A raczej tylko Leah, bo jej rozmówczyni była nad wyraz spokojna i pewna siebie. Nie dawała się sprowokować. 
- To miałyśmy jakąś umowę? - udając zdziwienie postanowiła w końcu się odezwać. - Popatrz... A ja głupia myślałam, że to ja mam coś na ciebie i powinnaś skakać wokół mnie jak piesek.
- Czy ty nie widzisz tego, że teraz ja wyszłam na winną?! Że ja o wszystkim wiedziałam?!
- A nie wiedziałaś? - spytała ironicznie Meg, wybuchając cichym śmiechem. - Biedny Nathan... Chyba właśnie stracił przyjaciółkę. - uśmiechnęła się, klepiąc Leah po ramieniu. - Ale nie martw się, Caitie jest tak naiwna, że może jeszcze wszystko wróci do dawnego stanu rzeczy i zatrzymasz przy sobie mojego chłopaka. - wzruszyła ramionami.
- Co ty pieprzysz? - spytała szatynka z niedowierzaniem i z obrzydzeniem zmierzyła wzrokiem dziewczynę.
- Wygram. Zobaczysz.

czwartek, 12 września 2013

10: Zapomnienie nie zawsze jest najlepszym wyjściem z wewnętrznej porażki. Część 1

- Angie... - zaczął z wyrzutem brunet, wyjmując upartą dłoń dziewczyny spod swojej koszulki i kładąc ją na jej własnych kolanach.
      Humor nie dopisywał mu od samego rana. Nawet się z tym nie krył, odważnie pokazując to przed dziewczyną. Miewał dość tej jej namolności, kiedy nawet przez chwilę nie mogli posiedzieć obok siebie tak po prostu, bez żadnej przesadnej bliskości. Brunetka za każdym razem wtulała się w niego, kładła albo dotykała każdej części jego ciała w zasięgu swojej ręki. Zaczynało go to naprawdę męczyć i nie czuł się w tej sytuacji jakoś szczególnie komfortowo, kiedy go tak ograniczała. Starał się skupić całą uwagę na filmie, który mieli oglądać, żeby nie skomentować tego bardziej bezpośrednio, ale nie zdążyła minąć nawet jedna scena, kiedy poczuł na szyi ciepły oddech swojej dziewczyny.
- Nudzę się. - marudziła, niby przypadkiem dotykając ustami jego szyi.
       Nie podziałało. Dennis nawet nie oderwał wzroku od ekranu, udając zainteresowanie przewidywalną i oklepaną fabułą. Kobieta, która zabiła swojego męża za wszelką cenę starała się oczyścić z zarzutów, ale sprzedało ją jej własne pięcioletnie dziecko, zdradzając szczegóły tego chorego małżeństwa. Okazało się, że facet miał romans z dwiema kobietami, a na dodatek jedna z nich była kuzynką zabójczyni, więc ta w amoku i z żądzą zemsty poderżnęła gardło partnerowi. Idealnie.
- Znajdź sobie jakieś kreatywne zajęcie i przestań, do cholery, na mnie włazić! - wybuchnął w końcu, kiedy dziewczyna przełożyła nogę przez jego kolano, przylegając przy tym do jego boku. - Nie mam na to ochoty. - wyjaśnił krótko.
- Co się z tobą ostatnio dzieje? - podniosła głos, mierząc go uważnie wzrokiem. - Unikasz mnie. Myślisz, że tego nie zauważyłam?! Masz kogoś, prawda? - spytała, wpatrując się w jego zaskoczony wyraz twarzy.
      Chłopak chwilę zastanawiał się, czy dziewczyna mówi poważnie, a kiedy zorientował się, że tak po prostu roześmiał się, nie dowierzając w to, co podejrzewała. To, że ostatnio trochę więcej się kłócili, a dziewczyna zaczęła go najzwyczajniej irytować, zmuszając do codziennych spotkań i spędzania razem każdej wolnej chwili nie oznaczało, że była głównym źródłem jego gniewu, który podminowało jeszcze kilka innych spraw, z którymi się borykał. Ona jednak nie potrafiła tego zrozumieć, wymyślając przeróżne teorie, którymi co jakiś czas go zasypywała, ale teraz przegięła. Naprawdę nie wiedział jak inaczej mógłby zareagować na jej słowa oprócz szczerego śmiechu, jakim ją obdarował.
- Żartujesz, nie? - uniósł brew, uważnie przyglądając się jej rozgniewanej postaci.
- A wyglądam na zadowoloną?! - ostentacyjnie uniosła dłoń w górę, wskazując na swoją minę. - Oddalasz się ode mnie! Znikasz wieczorami, nie odbierasz moich telefonów, odpychasz mnie... - wyliczała, a on roześmiał się jeszcze bardziej.
- To, że nie mam ochoty na twoją rękę w moich majtkach to znaczy, że na pewno cię zdradzam? Angie, rozbrajasz mnie. - przyłożył dłoń do czoła, pocierając je palcami, co jeszcze bardziej ją wzburzyło.
       Ignorancja, jaką teraz jej okazywał działała na nią jak płachta na byka. Zawsze traktował ją niepoważnie, ale teraz uważała to za bezczelność. Jakim prawem obracał to wszystko w żart?! Kiedy ona wyraźnie miała z tym kłopot on uciekał od jego rozwikłania. Zdecydowanie jej się to nie spodobało i nie omieszkała tego pominąć w swoich wyrzutach.
- Bawi cię to? - warknęła.
- Ty mnie bawisz. - odpowiedział w końcu, podejmując temat. - Mam dość tego, że wyszukujesz na siłę jakiś niestworzonych problemów. Kiedy coś pójdzie nie po twojej myśli ty zaraz doszukujesz się drugiego dna. To nie jest normalne. - mówił spokojnie, nie chcąc jeszcze bardziej jej rozjuszyć, bo już widział rumieńce złości na jej opalonych policzkach.
- Niczego się nie doszukuję! Próbuję zrozumieć dlaczego tak się zachowujesz!
- Angie, lepiej skończmy ten temat.
- Bo?! - prawie krzyknęła, a chłopak już nie potrafił dłużej mówić spokojnie.
- Bo mnie wkurwisz! Ile można wysłuchiwać tego samego?! - wyłączył telewizor, całą swoją uwagę skupiając teraz na niej.
- Gdyby dotarło od razu to nie musiałabym się tak powtarzać!
- Ale, kurwa, co?! Co ma do mnie dotrzeć?! - krzyknął w tym samym czasie, w którym oboje wstali z miejsca.
        Patrzył jak dziewczyna coraz bardziej się denerwowała. Zaciskała małe dłonie w pięści i oddychała głęboko, starając się uspokoić. On sam z grymasem złości na twarzy przypatrywał się jej reakcji. Nieczęsto widywał ją w takim stanie, zazwyczaj ucinał rozmowę w pół zdania, a ona rozumiała, że nie powinna jej kontynuować. Dopiero teraz pozwolił tej sytuacji jakoś się rozwinąć i sprawdzić co ona na to. Tego się nie spodziewał.
- Wychodzę! - bąknęła i w locie łapiąc swoją torebkę wybiegła z salonu, chwilę później trzaskając frontowymi drzwiami.
        To jeszcze bardziej go zirytowało. Zacisnął usta, nieświadomie wbijając zęby w dolną wargę. Poczuł metaliczny posmak krwi i dopiero wtedy wypuścił głośno powietrze z ust. Rozejrzał się niespokojnie po pomieszczeniu.
- Mark!




***




- No? - odezwał się Nathan, jak tylko odebrał połączenie.
         Szedł osiedlową uliczką na przedmieściach i wyszukiwał wzrokiem odpowiedniego budynku. Ojciec zadzwonił do niego w pracy i poprosił o pilne spotkanie, podobno dotyczące Debby, więc nie miał wyjścia. Włożył wolną dłoń do kieszeni spodni i rozejrzał się wkoło. Jeszcze tylko jeden zakręt...
- Pracujesz w weekend? - spytał Dennis nawet nie siląc się na wprowadzenie do tematu i podbudowanie napięcia, co zawsze robił przy tego typu planach.
          Szatyn zmarszczył brwi i uśmiechnął się do siebie, unosząc przy tym lekko głowę do tyłu. Domyślał się już, co chłopak wymyślił, bo przechodzą przez to niemal w każde wakacje, a domek letniskowy chłopaka z roku na rok wygląda coraz gorzej. Jak nie rozbita szyba w piwnicy to zniszczony płot albo odrapane ściany. I choć White wspominał kilka razy, że zamknęli jedyny klub w pobliżu po ostatniej bójce jakiś ćpunów i tak planowali powrót w tamto miejsce, ale nikt nie brał tego na poważnie, bo co można robić w środku lasu nad małym jeziorkiem?
- W piątek. - uściślił Brice, skręcając prędko w odpowiednią uliczkę.
- Zamień się z kimś. Jedziemy na Grand Praire.
- Wątpię, żeby po waszej ostatniej wizycie Jamie odezwała się do mnie w tym tygodniu. - zaśmiał się do słuchawki, nie dając przyjacielowi nawet dojść do słowa. - Poza tym nie zapominaj, jestem teraz ojcem.
- Siostrzenica Marka chce zabrać koleżanki nad jezioro, ale to gówniary, więc zaproponował, żebym...
- Odpadam. - przerwał mu w pół zdania, przewracając przy tym oczami. - Nie będę robić za opiekunkę.
- Jaką opiekunkę, kretynie! - Dennis podniósł prędko głos, zirytowany zachowaniem kolegi. - Też mi się to nie spodobało, ale to całkiem niezła propozycja. Nie ma problemu, żebyś zgarnął tam Debby...
- Debby ma szlaban.
- Do kurwy nędzy, Nathan, przysięgam, że jeszcze raz mi przerwiesz to...
- To co? - wtrącił.
- Zamknij pysk i słuchaj mnie do końca! - warknął w słuchawkę White. - Tu chodzi tylko o to, żeby ktoś miał jakieś pojęcie co te dzieciaki tam robią. Ronnie ma piętnaście lat, więc nikt nie będzie za nimi łaził i pilnował jak napalonych królików. To tylko trzy małolaty, a jeśli są takie jak moja kuzynka to zamkną się w pokoju na górze i będą udawać, że wcale nie zabrały nam jednego piwa z lodówki i wcale nie piją go wszystkie pod kołdrą. A ja jestem wkurwiony i potrzebuję tego wyjazdu, kurwa mać!
- Jedź z Angie.
- Pierdolę Angie. - zaklął, zamieniając prędko temat. - Chcę zaprosić Caitie. Lubię tę jej koleżankę. - dodał, a na twarzy szatyna nie mógł nie wpełznąć rozbawiony uśmiech.
- Jak ona ma w ogóle na imię? - zmarszczył brwi, dobrze znając już odpowiedź przyjaciela.
- Mam to gdzieś. Odezwij się jutro.
          Kiedy tylko komórka z powrotem wróciła na swoje miejsce, a Nathan wciąż rozpamiętywał minioną rozmowę, poważnie zastanawiając się nad propozycją Dennisa, w końcu zorientował się, że jest na miejscu. Duży, dwupiętrowy biały dom z czarnym płotkiem, okalającym go idealnie i brykającym po ogrodzie Labradorze, który chyba zaczął wyczuwać kto odwiedzi dzisiaj jego teren i niecierpliwie merdał ogonem, kiedy tylko zauważył chłopaka.
- Hej, Roxy. - przywitał się ze zwierzakiem, kiedy tylko przekroczył próg posesji i zamknął za sobą bramkę.
Pies zaczął skakać wokół jego nóg niecierpliwie domagając się pieszczot i co chwilę wtulając pysk w jego spodnie. Kucnął, głaskając pupila po pyszczku i ciągnąc delikatnie za duże uszy. Poznała go, mimo że nie pojawił się tutaj od czterech miesięcy, uwielbiał ją.
- Dobra dziewczynka. - zaśmiał się, kiedy mokry nos psa dotknął skóry jego szyi, trącając jego policzek.
Podroczył się ze zwierzakiem jeszcze kilka chwil, aż w końcu zebrał się w sobie i postanowił wypełnić cel swojej wizyty. Trudno było mu zachować powagę, kiedy Roxx nadal skakała wokół niego jak szalona, co chwilę zagradzając mu drogę. Stęskniła się i dobrze wiedział, że teraz nie poświęca się jej tyle uwagi, odkąd wyjechała Debby.
           Zadzwonił dzwonkiem. Czuł się trochę dziwnie tak oficjalnie wracać do swojego domu. Poznawał każdy skrawek wielkiego ogrodu, każde zadrapanie na ścianie i ten niezwykle irytujący dźwięk dzwonka do drzwi. I choć minęło kilka miesięcy od ostatniej wizyty on czuł, jakby odszedł stąd dopiero wczoraj...
           Ktoś szarpnął za srebrną klamkę i otworzył na oścież drzwi. Czterdziestojednolatek, który stał teraz przed nim w szarych, materiałowych spodniach i białej koszulce polo przyglądał mu się z niedowierzaniem i rozbawieniem wymalowanym na nieogolonej od kilku dni twarzy. Czarne włosy, na które wkradły się pojedyncze oznaki siwizny był zmierzwione i długości dokładnie tej samej, co u Nathana...
- Po co to przedstawienie? - warknął wpuszczając gościa do środka. - To jest twój dom.
- Nie wydaje mi się. - odburknął młodszy i wszedł do przedpokoju, a kiedy ojciec wskazał mu ręką wejście do salonu, kiwnął ręką w geście odmowy. - Spieszę się. Mów, co masz mówić, pokazuj, co masz pokazywać, czy po cokolwiek mnie tu ściągnąłeś z drugiego końca miasta.
            Mężczyzna z głośnym westchnieniem sięgnął do komody po jakąś kopertę i podał ją bez słowa synowi. Ten spojrzał na nadawcę i przełknął nerwowo ślinę. Wezwanie z sądu...
- To wszystko? - spytał, siląc się na uprzejmy ton.
W odpowiedzi otrzymał tylko szybkie kiwnięcie głową. Oboje ruszyli w stronę tylnego wyjścia, do którego wchodzi się przez ogromny, podzielony na trzy części garaż.
- Zabieraj to stąd. - odezwał się, wskazując głową w prawą stronę.
            W pierwszej części od trzech lat niezmiennie stało szare, sportowe Audi RCZ z roku dwa tysiące dziesiątego. Karoseria była nawet niedotknięta, wciąż błyszczała jak te w salonie samochodowym, wnętrze pewnie nadal pachniało świeżością. Wsiadł tam tylko raz, w dniu swoich szesnastych urodzin.
- Nie chcę go. - burknął. - Mam w dupie wasze przekupstwo.
- To nie jest przekupstwo... - zaczął ojciec, a jego górna warga podskoczyła nerwowo do góry.
- To jak inaczej nazwiesz...
- Nic mnie nie obchodzi co z tym zrobisz! - wybuchnął. - Jeździj nim, zezłomuj, sprzedaj, gówno mnie to obchodzi. Nie chcę tego widzieć dłużej ani ja ani matka. To dla niej za dużo.